Nasz blog wędkarski

Sens wędkarstwa

Najważniejszy jest człowiek

Analizy / Piotr Motyka

W dzisiejszych czasach, gdy coraz silniejsza jest krytyka wszelkich rodzajów łowiectwa, zwierzęta zaczynają być traktowane niemal tak jak ludzie, a panujące od wieków obyczaje poddawane są rewizji, coraz pilniejsza wydaje się być potrzeba zmierzenia się z tym tematem również przez nas, wędkarzy.

Nie możemy żyć w schizofrenicznym rozdwojeniu jaźni – z jednej strony uprawiać namiętnie wędkarstwo, z drugiej przytakiwać radykalnym organizacjom ekologicznym i zgadzać się ze znaczną częścią ich poglądów, próbując chować głowę w piasek i liczyć na to, że na koniec „dostanie się” tylko myśliwym. Winniśmy zatem dogłębnie zastanowić się nad sensem naszego hobby i odpowiedzieć sobie na kilka pytań, w tym w szczególności na dwa najważniejsze: Czy w ogóle w świecie XXI wieku mamy jeszcze prawo wędkować? Czy to co robimy jest etyczne, a tym samym godne człowieka cywilizowanego?

Pytanie pierwsze wydaje się prowokacją. Przecież w końcu prawo stanowione zarówno w Polsce, jak i w wielu innych krajach świata póki co pozwala nam na połów ryb, posiadamy karty wędkarskie, wykupujemy stosowne licencje. Nikt nam zatem wędkowania nie może zabronić.

Ale tak rozumiane prawo to jedno, a wewnętrzne przekonanie, że nie robimy nic złego, wręcz przeciwnie – postępujemy właściwie, to już coś zupełnie innego. Dlatego znacznie ważniejsze wydaje się udzielenie odpowiedzi na pytanie drugie. Mam wrażenie, że od tej odpowiedzi w dużym stopniu zależy nie tylko nasze dobre samopoczucie, ale i w ogóle przyszłość naszego hobby.

Cel wędkarstwa - po co to robimy?

Nasze rozważania zacząć trzeba od celu uprawiania przez nas wędkarskiego hobby. Z pozoru jest nim oczywiście łowienie ryb, ale - zaraz, zaraz… Gdy spojrzymy na to głębiej, chodzi chyba jednak o inne sprawy. No bo od razu trzeba postawić sobie pytanie kolejne: A po co łowimy te ryby?

Tutaj odpowiedź będzie dość skomplikowana i niejednoznaczna. Łowimy je aby jeść nie jest już prawdą niepodważalną – do wielu z nas ma zastosowanie (przynajmniej w części), ale również do wielu innych w ogóle nie ma. Niemniej chęć spożywania złowionych ryb jest moim zdaniem najsilniejszym argumentem za sensem uprawiania wędkarstwa. Jego punktem wyjścia i głównym etycznym uzasadnieniem.

Są wprawdzie coraz liczniejsze głosy, że dzisiaj człowiek nie musi już jeść mięsa, ale w moim przekonaniu nie mają logicznych podstaw. Jest to raczej część ideologicznego pakietu, którego celem jest przeoranie naszej cywilizacji i stworzenie nowej, niby lepszej. Czy aby to nie jest jednak kolejna groźna utopia? Otóż wydaje się być pewnym, że człowiek ma prawo jeść mięso, a prawo to pochodzi wprost z obserwacji natury, w której jedne gatunki służą innym, a zabijanie jest wpisane w jej istotę. Jedzenie ryb jest więc zgodne z naturą, czyli ekologiczne (jedno ze znaczeń tego słowa to „naturalne i zdrowe”). Moglibyśmy wprawdzie jeść tylko rośliny, ale z czasem fanatycy znajdą również powody, aby i tego prawa nam odmówić. Wszak to też żywe organizmy, które coś tam czują i czasem zachowują się inteligentnie.

Być może w przyszłości będzie wytwarzane mięso syntetyczne, jednak czy wtedy też zapomnimy o prawdziwym schabowym i nie będziemy o nim marzyć? Zobaczmy, jak głęboko tkwi w nas chęć do korzystania z wszystkiego, co naturalne – prawdziwych wiejskich jajek z wolnego wybiegu, bałtyckiego a nie „norweskiego” łososia, prawdziwych pachnących choinek, pszczelego a nie sztucznego miodu. Plastikowe kwiaty też nigdy nie zastąpią naturalnych i na ważnych uroczystościach po prostu „nie przejdą”. Wszystko co jest bliższe naturze kosztuje więcej i jest bardziej cenione. Przynajmniej na razie tak jest.

Prawem człowieka jest korzystanie z przyrody, oczywiście w sposób rozumny i uzasadniony. Jedynym gatunkiem, którego wykorzystywać na własne potrzeby nie wolno nam pod żadnym pozorem, jest człowiek, ze względu na jego nieporównywalną z żadnym innym stworzeniem godność, która wypływa dla ludzi religijnych z faktu stworzenia przez Boga „na Jego podobieństwo”, a dla licznych sceptyków i ateistów z faktu, że jest wyposażony w takie atrybuty, jak samoświadomość, wolna wola, rozum, możliwość panowania nad instynktami, język i zdolność do tworzenia wysokorozwiniętej kultury oraz sztuki, czym różni się od zwierząt. I choć współczesna nauka czasem sygnalizuje „przebłyski” tych cech przynajmniej u niektórych przedstawicieli fauny, to jednak niezmiennie dzieli nas od nich prawdziwa przepaść, nawet pomimo 99-procentowego w niektórych przypadkach podobieństwa genów.

Jednak część łowionych przez nas ryb, a w przypadku niektórych wędkarzy nawet wszystkie, nie jest przeznaczona na pożywienie. Co zrobić z tym przysłowiowym „fantem”?

Wiadomo, że często wypuszczamy ryby. Powodem może być na przykład ich rozmiar – są zbyt małe aby je wziąć lub zbyt duże (wypuszczanie ryb z najlepszym materiałem genetycznym o dużych zdolnościach reprodukcyjnych jest z wszech miar uzasadnione). Wtedy nie ma żadnych moralnych dylematów. Jednak wypuszczamy też ryby, które można by z powodzeniem zabrać, bo mają właściwy rozmiar i nadają się do spożycia. Dlaczego? Pierwszym powodem może być fakt, że nie jemy ryb, bo ich nie lubimy (lub nie lubimy tego konkretnego gatunku). Drugim to, że mamy w siatce już dostatecznie dużo ryb na nasze kulinarne potrzeby i więcej nam nie potrzeba, ale chcemy jeszcze tego dnia łowić dalej. Trzecim wreszcie nasza troska o to, że gdy będziemy zabierać dużo ryb, to w końcu w wodzie ich pogłowie zmniejszy się na tyle, że trudno będzie cokolwiek złowić. We wszystkich tych przypadkach motorem naszych łowieckich działań jest zatem przyjemność wynikająca z samego faktu łowienia. Nazywamy to często wędkarstwem sportowym. I tu powstaje największy dylemat: czy to wystarczające uzasadnienie, aby łowić ryby na wędkę? Wiele osób odpowie nam, że niepotrzebnie dla przyjemności zadajemy rybom cierpienie.

Mamy to w sobie

Zanim zmierzę się z tym zarzutem, pragnę jednak szerzej spojrzeć na naszą wędkarską pasję i jej korzenie. Co nas pcha z wędką nad wodę i sprawia, że daje nam to tak wiele frajdy? Przede wszystkim atawistyczna chęć polowania i walki o pożywienie w ramach zasad panujących w dzikiej przyrodzie. Umiejętność radzenia sobie w naturze i pokonywania wyzwań jakie nam stawia, tkwi głęboko w naszych genach i objawia się jako odziedziczone po przodkach instynkty. Należy więc do „zestawu” zachowań, jakie przejawiają ludzie również w dzisiejszych czasach. Podobnie można ocenić - szczególnie u mężczyzn - zamiłowanie do wielu dyscyplin sportu (jako zamiennika walki), ale także np. do zbieractwa (np. grzybów, ziół, jagód), survivalu, ryzykownych wędrówek po dzikich ostępach, górskich wspinaczek, żeglowania po oceanach etc. Czerpiemy więc z nich przyjemność, bo sukces w takiej walce, w takim trudzie, jest dla nas szczególnie cenny.

Czy jednak nie powinniśmy powściągać instynktów, poddawanie się którym nie przystoi nam w dzisiejszych czasach? Tutaj odpowiedź jest szczególnie trudna, ale bynajmniej nie skłaniałbym się do odrzucenia takich zachowań i wyrosłych na ich gruncie sportowych, łowieckich czy zbierackich pasji. Czy one bowiem faktycznie przynoszą zło? A może jednak znacznie więcej dobra?

Niekończąca się lista korzyści

Człowiek potrzebuje emocji, wyzwań, aby zabić monotonię i nudę. Aby wypełnić swoje życie lub jego pozazawodową część jakąś sensowną treścią. Wędkarstwo te emocje zapewnia, a do tego pozwala nam realizować tkwiącą w nas potrzebę bliskiego kontaktu z naturą. Daje nam poznawać jej tajniki, rządzące nią zasady, daje też obserwować piękno i zachwycać się nim. Przebywanie nad jeziorem, w lesie, nad górskim potokiem, na trudno dostępnych mokradłach czy rozbujanych falach gigantycznego oceanu pozwala nam obserwować prawdziwe cuda natury: dzikie zwierzęta w swym naturalnym środowisku, niezwykły świat roślin, wschody i zachody słońca, zorzę polarną, tropikalne burze, tundrę, tajgę, pływające góry lodowe…

Możemy rozkoszować się nie tylko niecodziennymi widokami, ale też przyjemnymi dla uszu dźwiękami, jak choćby poranny śpiew ptaków, czy niezwykłymi zapachami. Możemy smakować owoce lasu i źródlaną wodę nabraną czerpakiem prosto z rzeki, możemy upiec złowioną rybę na ogniu, rozpalonym przez nas nad rzeką dzięki zebranym w lesie gałązkom pachnącym jeszcze żywicą. Tak więc odczuwamy piękno świata wszystkimi naszymi zmysłami, dochodząc niekiedy do stanu absolutnego zachwytu i uniesienia. Wielu z nas dociera do tych przeżyć właśnie poprzez swoją atawistyczną wędkarską pasję – gdyby nie związane z nią emocje, być może nigdy nie poznalibyśmy tak dobrze piękna natury, bo nic innego nie wygnałoby nas wczesnym świtem nad wodę!

Drugim ważnym uzyskiem jest ruch na świeżym powietrzu. Wielogodzinne wędkarskie wędrówki, tysiące wykonanych rzutów, ale także dźwiganie sprzętu, wiosłowanie oraz wiele innych niezbędnych czynności – to wszystko razem pozwala nam utrzymywać tak potrzebną tężyznę fizyczną. Gdy do tego dodamy tzw. „bombę tlenową”, jaką otrzymujemy na każdej wędkarskiej sesji, i uzupełnimy to koniecznością walki z niekorzystną aurą - wiatrem, zimnem, niekiedy deszczem, śniegiem, ale często też dotkliwym upałem, to widzimy, że wędkarstwo zapewnia nam odpowiedni poziom zahartowania i odporności. Nasi niewędkujący przyjaciele często dziwią się, dlaczego nawet najgorsza pogoda nie robi na nas najmniejszego wrażenia i nie jest to dla nas w ogóle temat do dyskusji. Nie da się zatem ukryć, że w aspekcie zdrowotnym zyskujemy na uprawianiu wędkarstwa wiele.

Kolejny pozytyw płynący z naszego hobby to możliwość psychicznego wypoczynku i ukojenia nerwów, a także tzw. „reset umysłu”. Niejeden z nas odczuł to na własnej skórze, jak po powrocie z wędkarskiej wyprawy od nowa musimy wdrażać się w naszą zawodową rzeczywistość. To znak, że pozbyliśmy się również wszelkich toksyn związanych z pracą i codziennością, które w nas niewątpliwie tkwiły. Taki „wyzerowany” umysł wraca z wielką radością do kolejnych wyzwań, odnajduje swą świeżość.

Wędkarstwo jest nierozerwalnie związane z podróżami, bo każdy z nas marzy o odkrywaniu nowych łowisk, o znalezieniu wreszcie swojego „eldorado”. Jest to silny impuls do poznawania świata, bo obok łowienia ryb mamy wtedy również kontakt z całą jego otoczką – egzotyczną przyrodą, niespotykanymi dotąd widokami, a przed wszystkim z ludźmi reprezentującymi inne kultury. Jest też zawsze możliwość zobaczenia czegoś więcej – niezwykłych budowli, pamiątek dawnych cywilizacji, nieznanych nam obyczajów. Mamy szansę na spróbowanie rozmaitych potraw i trunków. Model wędkarstwa oparty na częstych podróżach pomaga więc poznawać świat, co niewątpliwie czyni nasze życie ciekawszym, poszerza nasze horyzonty i wzbogaca osobowość.

Wszystko to, co oglądamy, możemy uwiecznić na zdjęciach. Rozwój fotografii cyfrowej i powszechny dostęp do sprzętu, bo aparaty mamy nawet w zwykłych telefonach, sprawił, że każdy z nas ma szansę na zachowanie piękna, które zobaczył, i emocjonujących chwil, które przeżył, na długie lata. A robiąc to konsekwentnie z każdym rokiem dochodzimy w tym do coraz większej biegłości i często nie zauważamy nawet, że przynajmniej niektóre nasze fotografie zaczynają nosić znamiona małych dzieł artystycznych.

Podróżowanie i wędrówki za rybami są źródłem przygód. Stajemy tam twarzą w twarz z różnymi sytuacjami, czasem śmiesznymi, groteskowymi, innym razem wręcz niebezpiecznymi. Jesteśmy zmuszeni do działania i możemy sprawdzić się w trudnych okolicznościach. Żyjemy wówczas prawdziwą pełnią życia, a na dodatek to wszystko dzieje się w świecie rzeczywistym, nie jest ani wirtualne, ani inscenizowane. Dlatego pokonanie tych przeciwności tak bardzo cieszy. Uczymy się przy tym zasad survivalu, co daje nam bezcenną wiedzę do wykorzystania również w znacznie poważniejszych sprawach, niż uprawianie hobby. Wędkarstwo i związane z nim wyprawy rozwijają nas zresztą w wielu kierunkach – poznajemy nie tylko biologię i geografię, ale również elementy mechaniki, obsługi silników, sonarów i innych rozmaitych urządzeń technicznych, elektroniki, fotografii, meteorologii, kartografii czy żeglugi.

Wędkarskie przygody to szkoła charakteru. Pasja ta uczy nas pokory i szacunku dla przyrody, uczy trudnej sztuki wygrywania i jeszcze trudniejszej przegrywania. Szczególnie gdy dzieje się to w relacji do innych ludzi. Latami przeżywamy prawdziwe huśtawki nastrojów, gdy musimy godzić się z tym, że jednym „biorą”, a innym nie. Gdy biorą nam, musimy nauczyć się delikatności w stosunku do kolegów, którym nie idzie, a wkładają przecież tyle samo wysiłku, co my. Musimy artykułować naszą radość w sposób taktowny, trochę powściągnąć naszą chęć wywyższenia się, nie dopuścić do głosu pychy. A nawet postarać się pomóc koledze, ale tak, aby nie poczuł się urażony. Gdy z kolei nie idzie nam, trudną sztuką jest umiejętność dzielenia z kolegą radości, która nam nie jest dana. Sam przeżyłem wielokrotnie porażki na tym polu, ale z biegiem lat udaje mi się coraz częściej zaakceptować życie takim, jakie jest.

Na koniec tej wyliczanki zostawiłem wartość największą, której nie da się kupić za pieniądze – relacje międzyludzkie. Rzadko wyprawiamy się na ryby sami – szczególnie na dalsze, zagraniczne wojaże. Towarzyszą nam zazwyczaj koledzy, przyjaciele, z którymi w codziennym pośpiechu nie mamy zbytnio czasu się spotykać. Okazji jest wtedy sporo na wspólne żarty czy namiętne dyskusje na rozmaite tematy – wędkarskie i niewędkarskie. Wspólnie podróżujemy, przyrządzamy posiłki, biesiadujemy, wspólnie łowimy, podziwiamy piękno świata, wspólnie przeżywamy przygody i pomagamy sobie nawzajem. Człowiek jest istotą społeczną i to co robi musi mieć odniesienie do innych ludzi, a poza rodziną każdy pragnie mieć również przyjaciół, z którymi może dzielić swoja pasję. Inaczej trudno o szczęśliwe życie. Wędkarstwo daje nam niezwykłą szansę na umacnianie już istniejących więzi, ale także na tworzenie nowych przyjaźni na lata. Wspólnie przeżywanie sukcesy i porażki na wyprawach cementują nasze koleżeńskie relacje, a wspomnienia z tych eskapad są czymś absolutnie bezcennym.

Ktoś powie, że wszystkie te korzyści można też osiągnąć w inny sposób – np. pasjonując się obserwacjami ptaków, nurkowaniem, wędrówkami po górach. Owszem, ale problem polega na tym, że wędkarska pasja w kimś tkwi, albo nie. Bo przecież jeden czuje od małego, że chciałby łowić ryby, że ten świat go fascynuje, a inny nawet pomimo naszych usilnych wysiłków, namów i nawet celem zachęty zabierania na wyprawy, pomimo złowienia nawet jakiejś okazowej sztuki, nie złapie tego bakcyla nigdy i w końcu pozostawi swój sprzęt w najciemniejszym kącie piwnicy aby obrósł pajęczyną.

Oczywiście i wędkarstwo, tak jak wszystko na tym świecie, może być w przypadku niewłaściwego zeń korzystania źródłem nie dobra, ale zła. Wszystko zależy od człowieka, jego stosunku do przyrody, jego kultury osobistej czy wreszcie jego zdolności do umiaru. To tak jak z alkoholem, seksem czy jedzeniem. Umiejętne używanie tego wszystkiego (czyli zgodne ze zdrowym rozsądkiem) przy zachowaniu pewnych mądrych ograniczeń jest dla nas przyjemne i nie prowadzi na manowce. Przeciwnie – jest źródłem przyjemności, czyni nasze życie piękniejszym, a nawet służy naszemu zdrowiu (choć lekarze powiedzą, że w przypadku alkoholu to dyskusyjna sprawa ). Jednak może prowadzić też do niebezpiecznych chorób ciała i duszy – alkoholizmu, seksoholizmu, otyłości, czego konsekwencją bywa często całkowity rozkład naszego życia, upadek moralny czy nawet śmierć.

Podobnie jest z wędkarstwem. Nieumiejętne korzystanie z tej pasji może prowadzić do powolnego samozniszczenia wędkarza, jego osobistych frustracji, a także zaburzenia właściwych proporcji tego wszystkiego, co w naszym życiu ważne. Jest to wszak tylko hobby, czyli rzecz drugorzędna, o czym często zapominamy. Zaś niewłaściwe obchodzenie się z naturą może prowadzić do stępienia naszej wrażliwości i w dalszej kolejności do postępującej degradacji naszej osobowości. Podobnie problematycznym jest ciągły wyścig za rekordami i przesadne traktowanie rekreacyjnego wędkowania jako formy rywalizacji z kolegami. Dlatego ważne jest, aby niewłaściwe zachowania raz na zawsze kategorycznie odrzucić i bardzo się pilnować, aby w pogoni za rybą nigdy nie zatracić umiaru i zdrowego rozsądku.

Pożytek dla środowiska

Ustaliliśmy już zatem, że z uprawiania wędkarstwa płynie przede wszystkim dla człowieka, pod warunkiem umiejętnego korzystania z jego dobrodziejstw. Jednak to tylko jedna strona medalu. Paradoksalnie wędkarstwo może nieść wiele dobra także dla samej przyrody. I tak się od dawna dzieje, czego często nie dostrzegają tzw. „ekolodzy”.

Gdyby nie wędkarze, których działalność objęta jest nie tylko regulacjami prawnymi czy systemem opłat, ale również pewnym niepisanym kodeksem etycznym, być może w wodach na naszej planecie byłoby już znacznie mniej ryb – szczególnie tych najbardziej cenionych gospodarczo gatunków. Po pierwsze obecność wędkarzy nad wodą w znacznym stopniu ogranicza działalność wszelkiej maści kłusowników, którzy przy braku kontroli byliby w stanie dosłownie ogołocić z ryb całe wielkie obszary wodne. Po drugie etyczny wędkarz chroni też przyrodę przed dewastacją, dba o czystość i stanowczo reaguje na wszelkie próby zatruwania wód różnymi szkodliwymi substancjami. Środowisko wędkarskie lobbuje również za takimi rozwiązaniami prawnymi, które zapewnią jak najlepsze zachowanie natury w jaj pierwotnym stanie, walczą z regulacjami rzek, budową zapór, postulują okresy i wymiary ochronne ryb. Po trzecie – wędkarze, poprzez ich związki i organizacje, są często sami właścicielami lub dzierżawcami wód, co czyni bardzo prawdopodobnym chęć utrzymania ich jak najlepszym stanie w wymiarze długofalowym, a nie uzyskanie krótkotrwałych, szybkich korzyści. Po czwarte wreszcie wędkarze, poprzez wnoszone opłaty, uchwalane regulaminy korzystania z łowisk, a także osobistą pracę, mają znaczący wpływ na ochronę tarlisk oraz zarybianie wód rodzimymi gatunkami.

Po prostu wędkarze są żywotnie zainteresowani utrzymaniem natury w stanie równowagi i jej ochroną, gdyż w przeciwnym wypadku nie będą mieli co łowić, a na dodatek otoczenie łowisk straci swój nieskalany charakter, co odbierze całą radość z przebywania na łonie przyrody.

Nie bez znaczenia jest także to, że wędkarz interesuje się procesami zachodzącymi w przyrodzie, poznaje jej prawa i dzięki swej pasji staje się bardziej świadomym człowiekiem, wrażliwym na piękno i świadomym zagrożeń cywilizacyjnych. Wiedzę te przekazuje później swoim dzieciom, które nierzadko idą śladami ojca i kontynuują jego pasję, a jeśli nawet nie, to ochrona przyrody zajmuje w ich umysłach ważne miejsce.

Oczywiście tu, podobnie jak w kwestii korzyści dla człowieka, także może dojść do sytuacji, kiedy działania wędkarzy są co najmniej problematyczne, a nawet szkodliwe dla natury. Dlatego tak wiele zależy od postawy człowieka, jego wiedzy, umiejętności i jego etycznych pobudek. Co nam bowiem z wypuszczenia dużej, okazowej ryby, będącej znakomitym reproduktorem, gdy została ona wcześniej tak „wymaltretowana” w łodzi (np. wypadła wielokrotnie z rąk wędkarza na jej podłogę), że prawdopodobnie i tak nie przeżyje lub będzie długo chorować. Po prostu kłania się stara prawda: człowiek może czynić wszystko właściwie, ale musi chcieć i się postarać.

Cierpienie ryb – ważne znaki zapytania

Dotarliśmy wreszcie do momentu, gdy trzeba zmierzyć się z kluczowym zagadnieniem wśród etycznych uwarunkowań współczesnego wędkarstwa. Jest nim problem cierpienia, jakie teoretycznie wędkarze mają zadawać rybom. Przekonanie o tym tkwi głęboko w wielu ludziach, co jest źródłem negatywnego stosunku do wędkarzy i funkcjonowania dość ponurego obrazu naszego hobby w niektórych środowiskach.

Żyjemy niestety w coraz bardziej wrogim otoczeniu. Dość rozpowszechnioną chorobą współczesnego świata jest tzw. bambinizm, czyli infantylne postrzeganie świata przyrody przez ludzi, których podstawową wiedzą na jego temat jest ta, która nabyli podczas oglądania w dzieciństwie kreskówek. Tam niemal wszystkie zwierzęta są sympatyczne, a człowiek - nie do końca. Personifikacją zła bywa często właśnie okrutny myśliwy. Niestety, ten pogląd reprezentuje bodaj większość współczesnych mieszkańców miast w całej Europie (może poza Skandynawią).

Nas też traktuje się coraz częściej jako myśliwych (tu poniekąd słusznie), ale zupełnie nieświadomych zła, jakie wyrządzają. Wielu z nas zetknęło się przecież z takim argumentem: „Gdybyś słyszał krzyk złowionej ryby, musiałbyś zrezygnować z wędkowania, a łowisz tylko dlatego, że go nie słyszysz.” Taki szantaż emocjonalny jest szczególnie częsty wśród niektórych celebrytów, którzy nie mają zielonego pojęcia na naukowe kwestie związane z biologią i środowiskiem naturalnym, a uzurpują sobie prawo do bycia autorytetem we wszystkich dziedzinach.

Podstawowym błędem takiego toku myślenia jest nadawaniem rybom cech ludzkich i patrzenie na ich życie przez pryzmat życia, fizjologii i odczuć człowieka. Innym powodem ataków na nas jest zdanie pewnej grupy badaczy naukowych, którzy zakładają, że jako kręgowiec ryba musi odczuwać ból podobnie jak człowiek. Tymczasem jest to teza mocno dyskusyjna i póki co nie poparta żadnymi poważnymi dowodami.

Aby wgłębić się w ten temat warto sięgnąć po prace profesora Robert Arlinghausa – naukowca z niemieckiego Instytutu Ekologii Wodnej i Rybactwa Śródlądowego, a także renomowanego Uniwersytetu Humboldta w Berlinie. Jest on bodaj najwybitniejszym specjalistą na terenie Niemiec w kwestiach związanych z rybactwem i wędkowaniem, zarówno w aspekcie biologicznym, jak i prawnym czy etycznym. Z tego powodu gości często jako ekspert na łamach niemieckiej prasy wędkarskiej. Dodajmy, że właśnie Niemcy są krajem, w którym wpływ „zielonych” na rzeczywistość jest wyjątkowo duży, a prawo dość surowe dla wędkarzy – np. w niektórych landach nie wolno w ogóle wypuszczać złowionych wymiarowych ryb.

Otóż profesor Arlinghaus przeprowadził wiele badań w różnych zespołach badawczych, wraz z innymi naukowcami. Jego zdaniem nie ma według obecnego stanu wiedzy wystarczających dowodów, aby stwierdzić, że ryby odczuwają ból. Szczególne wątpliwości wzbudza fakt, że ryby nie posiadają kory mózgowej, która stanowi niezbędny warunek dla świadomego odczuwania bólu. Jak dotąd nie znaleziono też żadnej innej zastępczej struktury dla kory mózgowej spełniającej tę funkcję. Wiemy też, że ryby chrzęstnoszkieletowe (jak rekin czy płaszczka) nie posiadają w ogóle nocyceptorów, czyli bólowych receptorów nerwowych reagujących na uszkodzenie tkanki. Jeśli chodzi o ryby kostnoszkieletowe – receptory nerwowe wprawdzie u nich już występują, jednak nie są tak rozwinięte jak np. u ssaków. W doświadczeniach zaobserwowano, że reakcje na mechaniczne bodźce (np. pocieranie skaleczonych miejsc) wywołujące u ssaków ból, były u ryb nieporównywalnie mniej intensywne lub wręcz żadne. Profesor Arlinghaus twierdzi zatem, że trudno mówić w przypadku ryb o bólu w takim rozumieniu tego słowa, jakie ma zastosowanie do bólu odczuwanego przez ssaki. Innymi słowy – jakieś rekcje nerwowe u ryb da się zaobserwować (np. reakcje unikowe), ale nie można tego utożsamiać z bólem.

Wędkarze, którzy z rybami mają do czynienia niemal na co dzień, dodadzą pewnie do tego wywodu swoje wnioski, które będą zbieżne ze spostrzeżeniami profesora. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że szczupak chwyta pyskiem i połyka najeżonego ostrymi kolcami okonia? Przecież człowiek od razu wypluje z ust każdy przedmiot, który spowoduje ból w trakcie jedzenia czy połykania. Drugi przykład to widok ryb potwornie pokaleczonych po tarle. Czy to możliwe, że zadają sobie tyle ran w trakcie aktu płciowego czując przy tym ból? Być może w pewnym stopniu tak, ale patrząc na nasze ludzkie doświadczenia seksualne raczej nie może to być ból zbyt silny, czyli powodujący długotrwałe cierpienie. Trzecie wreszcie pytanie brzmi: dlaczego holowana przez wędkarza większa ryba niemal zawsze stosuje w walce tak zwane „odjazdy”, czyli ciągnąc z całych sił w przeciwnym kierunku do kierunku holu, posiadając do tego w pysku wbity ostry hak, pokonuje opór hamulca i powoduje wysnuwanie linki z kołowrotka? Jest raczej mało prawdopodobne, aby czyniła to czując silny ból i cierpienie rozumiane na ludzki sposób. Tak więc kwestia odczuwania przez ryby bólu jest co najmniej problematyczna i z naukowego punktu widzenia ciągle otwarta, choć bardzo prawdopodobną wydaje się teza, że ryby nie mogą odczuwać tak wyraźnego i silnego bólu jak ssaki.

Jest natomiast zasadne twierdzenie, że ryby odczuwają stres. Trudno nam jednak uznać, że przeżywanie każdego stresu jest równoznaczne z cierpieniem. Może bardziej właściwym byłoby tu słowo dyskomfort. Życie ludzkie też jest związane z ciągłym stresem, ale w większości przypadków lekkim i krótkotrwałym, który akceptujemy jako niezbędną uciążliwość w drodze do osiągnięcia jakiegoś ważniejszego celu (np. różne stresujące momenty w trakcie wykonywania pracy zawodowej, prowadzenia samochodu czy nawet uprawiania hobby - np. rywalizacji sportowej, górskiej wędrówki, gry hazardowej). Takiego właśnie stresu raczej nie można utożsamiać z bólem czy cierpieniem. Jeśli stres jest silny czy długotrwały, wtedy już prędzej możemy mówić o pewnej formie udręczenia.

W przypadku ryb, połowy wędkarskie zdaniem profesora Arlinghausa nie mogą powodować silnego i długotrwałego stresu, który mógłby być tożsamy z silnym cierpieniem. Świadczy o tym chociażby fakt, że morskie ryby złowione na wędkę są znacznie bardziej cenione w aspekcie kulinarnym, niż te łowione siecią (ryby mocniej zestresowane mają po prostu mniej smaczne mięso). Do tego warto dodać jeszcze kilka innych spostrzeżeń, a mianowicie, że w warunkach naturalnych też ryby poddane są ciągłemu stresowi choćby z powodu obecności w otoczeniu drapieżników – innych gatunków ryb czy ptaków. Natura jest przecież okrutną walką o przeżycie. Tak więc wędkarz co najwyżej tylko uczestniczy w tym, co i tak w przyrodzie jest codziennością. Z drugiej strony ktoś może powiedzieć, że rybki w akwarium również mogą przeżywać stres – np. z powodu ograniczonej przestrzeni życiowej (tego nie wiemy, podobnie jak w kwestii bólu), a „ekolodzy” póki co nie widzą w akwarystyce takiego zła, jak w połowach. To niekonsekwencja.

Tak więc kwestia potencjalnego bólu i stresu odczuwanego przez ryby nie powinna według dzisiejszego stanu nauki być istotnym argumentem przeciw wędkowaniu. Może więc powinniśmy jeszcze rozważyć inny podnoszony niekiedy przez naszych przeciwników powód – a mianowicie zdolność ryb do reakcji kognitywnych? Rzeczywiście, ryby poznając swe otoczenie niejako „uczą” się. Z naszych wędkarskich doświadczeń wiemy chociażby to, że ryba po nieudanej próbie podebrania (czy to ręką czy siatką ) walczy na wędce jeszcze bardziej zaciekle niż wcześniej. Z kolei ryba, która była już wcześniej na haku, zachowuje się znacznie spokojniej przy odhaczaniu niż taka, która trafiła w ręce wędkarza po raz pierwszy. Jednak te reakcje nie zmieniają faktu, że ryby stoją dość nisko w hierarchii zwierząt i trudno dopatrywać się w nich stworzeń o zbliżonym chociażby potencjale do człowieka. Przecież nawet mrówki czy pszczoły, czyli organizmy jeszcze bardziej prymitywne niż ryby, są zdolne (szczególnie w gromadach) do reakcji i działań kognitywnych.

Nie można więc popadać w paranoję, bo możemy dojść do podobnego wniosku jak niektórzy promotorzy „nowoczesnej ekologii”, że nie pozwalając komarzycy wypijać krwi z naszego ciała skazujemy na śmierć głodową jej małe. Traktowanie wszystkich stworzeń jako równe i branie pod uwagę interesu każdego pojedynczego organizmu prowadziłoby nie tylko do obłędu, ale i do wniosków sprzecznych z podstawowymi regułami rządzącymi przyrodą, burzących jej porządek. Bo to w końcu jednak człowiek jest na czele całej hierarchii świata zwierzęcego i jego potrzeby są – zgodnie z prawami natury (a dla wierzących z Wolą Stwórcy) – na pierwszym miejscu. Może je zatem zaspokajać, również używając innych zwierząt – tak jak całej przyrody ożywionej i nieożywionej – do swoich celów, nie przekraczając wszakże przy tym pewnych istotnych zasad, do których doszedł na przestrzeni dziejów drogą rozwoju nauki, etyki i logicznego rozumowania. Jakie to zasady?

Etyka wędkarza

Wydaje się, że gdy zastanowimy się nad tym nieco i przeanalizujemy całe zagadnienie w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem, powinniśmy uznać cztery podstawowe hamulce regulujące naszą wędkarska pasję.

Po pierwsze: uprawiając swe hobby wędkarz nie powinien szkodzić sobie, degradować swej osobowości.

Przeciwnie, wędkarstwo winno przyczyniać się do jego rozwoju, czynić go lepszym i szlachetniejszym człowiekiem. Z tego powodu każdy z nas powinien odrzucić wszelkie okrucieństwo wobec żywych stworzeń, zabijanie ryb bez powodu, marnowanie czy wyrzucanie ryb zabranych z przeznaczeniem do konsumpcji, niewłaściwe obchodzenie się z rybami i powodowanie u nich niepotrzebnych obrażeń, łamanie regulaminów i zasad wędkarskich. Ponadto wędkarz winien unikać traktowania łowienia ryb jako jedynego celu uprawiania wędkarstwa i starać się wykorzystywać szansę na czerpanie zeń dodatkowych profitów, jak nawiązywanie i pielęgnowanie kontaktów z innymi ludźmi, podróżowanie, podziwianie piękna przyrody, nauka rozumienia rządzących nią praw.

Po drugie: powinien mieć dla swych działań uzasadnienie i kierować się takimi korzyściami, które są akceptowane w społeczeństwie, uznawane za dobre dla człowieka i nie stoją w sprzeczności z prawem, moralnością i dobrem ogółu.

Podstawowym i nie dającym się na dzisiaj obalić uzasadnieniem dla łowienia ryb jest chęć ich spożywania. A więc - gdy choć w stosunku do części złowionych przez nas ryb istnieje zamiar ich spożycia, uzasadnienie wędkowania jest moralnie najsilniejsze i trudne do logicznego zakwestionowania. Tym bardziej, że świeża ryba z naturalnego środowiska jest smaczna i zdrowa.

Nieco trudniej to uzasadnienie odnaleźć w przypadku, gdy wypuszczamy z założenia wszystkie lub prawie wszystkie złowione ryby, ale i w tej sytuacji wędkarz wybroni się prawem do korzystania z przyrody dla wyższych wartości, które już wyżej wyczerpująco opisałem. Są też inne względy pragmatyczne. Weźmy pod lupę taki przykład: gdy wybieramy się na dłuższą i dość kosztowną wędkarską wyprawę (Skandynawia, Europa, kraje egzotyczne), chcemy spędzać nad wodą możliwie najwięcej czasu. Trudno więc wymagać od wędkarza, żeby po złowieniu w ciągu godziny trzech potrzebnych na kolację szczupaków zszedł z wody i resztę czasu spędził w domku. Potrzeba zdrowego ruchu na świeżym powietrzu i delektowania się pięknem przyrody to wystarczające w takim przypadku uzasadnienie dla dalszego łowienia i wypuszczenia co najmniej kilku kolejnych wymiarowych ryb. Wędkarz powinien jednak przy tym bezwzględnie zachowywać umiar i opanowanie – w zgodzie z własnym sumieniem. A także troszczyć się o dobrostan łowionych i wypuszczanych ryb, powodując możliwie minimalny uszczerbek dla ich zdrowia.

Zresztą można stosować i inne taktyki celem okiełznania nadmiernych łowieckich żądz. Można po jakimś czasie spróbować przerzucić się na inny gatunek, można założyć znacznie większą przynętę celem znalezienia wymarzonego okazu zamiast kolejnych średnich ryb, można zastosować przynętę z pojedynczym bezzadziorowym hakiem zamiast kotwiczki czy przejść z techniki spinningu na mniej inwazyjną dla ryb sztuczną muchę, można popływać i poszukać innego łowiska, innych wyzwań… Można też zrobić sobie w trakcie wędkarskiego dnia przerwę na krótką drzemkę czy ognisko. Wędkarz sam powinien decydować, kiedy zbliża się do niebezpiecznej granicy, gdy jego działanie mogłoby zostać odczytane jako przesadne i przynoszące więcej zła niż pożytku.

Pamiętajmy jednak również, że okresy wybitnie dobrego żerowania ryb są dość rzadkie. Wędkarska codzienność to zazwyczaj długie godziny bez brań - pływanie, poszukiwanie ryb, eksperymentowanie z przynętami… Trudno więc wędkarzom tak bardzo się dziwić, że okres „wędkarskich żniw”, kiedy średnie i duże ryby żerują jak oszalałe, pragną wykorzystać do maksimum jako nagrodę za wcześniej poniesione trudy.

Innym ważnym motywem dla wędkarzy jest poszukiwanie okazów. Każdy z nas ma w sobie to pragnienie zmierzenia się z wielką rybą i pokonania jej w szlachetnej walce. Takie wyjątkowe zdarzenie jest solą wędkarstwa i pozostawia na zawsze niezapomniane wspomnienia, pamiątki, fotografie... Aby jednak tego dokonać, zazwyczaj trzeba wcześniej złowić i wypuścić wiele mniejszych ryb, bo nie ma idealnego sposobu na łowienie samych okazów.

I wreszcie ostatni powód, dla którego łowimy więcej ryb, niż potrzeba nam ich do konsumpcji. To chęć doskonalenia umiejętności, dochodzenia do perfekcji w tym, co się robi. Trudno odmówić wędkarzom tego prawa. Nie da się jednak doskonalić bez częstego przebywania nad wodą i testowania różnych metod, elementów sprzętu oraz przynęt. Jak by to brutalnie w tym przypadku nie zabrzmiało, tylko ciągły trening czyni mistrza. Gdybyśmy przy tym nie wypuszczali części złowionych ryb, pewnie niedługo zabrakłoby ich w wodzie. Przynajmniej w łowiskach narażonych na zwiększoną wędkarską presję i pozbawionych limitów. Z kolei tam, gdzie są limity, bez możliwości wypuszczania ryb dobrzy wędkarze musieliby często schodzić z wody dość szybko po złowieniu i zabraniu kompletu.

Jak więc widzimy, możliwość wypuszczania ryb jest pewnym rozsądnym kompromisem zawartym z naturą, gdzie wypośrodkowane są potrzeby jej ochrony oraz potrzeby ludzi uprawiających wędkarstwo.

Po trzecie: wędkarz, korzystając z przyrody, powinien kierować się szacunkiem do niej i dbałością o jej dobrostan.

Wydaje mi się, że dzisiaj generalnie nie jest z tym źle. Przeważająca większość wędkarzy, szczególnie spośród tych żyjących w krajach rozwiniętych, jest dostatecznie wyedukowana i unika zaśmiecania środowiska, gdy rozpala ognisko stara się zbierać głównie suche gałązki nie łamiąc zdrowych drzew, nie hałasuje bez potrzeby i nie straszy zwierząt, nie wylewa żadnych toksyn czy brudów do wody. Również nasz stosunek do ryb zmienił się w ostatnich latach znacząco. Zabieranie ryb regulują limity, ustanawiane przez lokalne władze zarządzające łowiskami. Chroni się więc ryby niewymiarowe, ale często także wybitne okazy o ponadprzeciętnych zdolnościach reprodukcyjnych. Wędkowanie w okresach tarłowych ryb też zwykle jest ograniczone przepisami. Jeśli chodzi o gatunki zagrożone, nie łowimy ich wcale (zazwyczaj i tak zabrania tego prawo). Tak więc wędkarze raczej nie szkodzą naturze. Wręcz przeciwnie - miłość do przyrody sprawia, że znacznie częściej pozytywnie przyczyniają się do poprawy jej ochrony, o czym pisałem już wcześniej.

Po czwarte: wędkarz nie powinien powodować u łowionych ryb niepotrzebnych szkód czy nadmiernego stresu oraz szczególnie ostrożnie obchodzić się z rybami przeznaczonymi do wypuszczenia.

Tutaj też widzę obecnie trendy świadczące o tym, że wędkarze coraz bardziej rozumieją ten aspekt. Stosujemy bezzadziorowe haki i przyjazne dla ryb podbieraki, nie dotykamy ryb suchą ręką, większe sztuki podpieramy przy unoszeniu z wody chwytem pod brzuch, staramy się nie przetrzymywać ich zbyt długo w łodzi lub na brzegu, staramy się nie upuszczać ryb z rąk, a także nie wydłużać ponad miarę samego holu. Niestosowanie tych praktyk nie tylko zwiększałoby przeżywany przez nie stres, ale mogłoby spowodować u ryb poranienia, choroby, a w ich wyniku nawet niepotrzebne skrócenie życia. Ważne też, aby ryby przeznaczone do zabrania zabijać szybko i sprawnie, aby nie musiały dusić się przez dłuższy czas w wiaderku, plastikowej torbie czy na dnie łodzi.

Podsumowując te rozważania sformułuję więc końcowy wniosek, że podstawowym kryterium oceny naszych wędkarskich aktywności jest nasza motywacja. Z uprawiania wędkarskiej pasji musi płynąć jakieś większe dobro, bo wyłączne zaspokojenie łowieckich instynktów nie wystarcza chyba do jego usprawiedliwienia. Ważne jest zatem, abyśmy traktowali nasze hobby jako styl życia, którego samo łowienie ryb jest tylko częścią i w którym połączone jest ono z całą gamą korzyści dla nas i dla świata.

Nie może my też zapominać o tym, że przygotowywanie potraw ze złowionych ryb i ich spożywanie musi pozostać jednym z najważniejszych motywów wędkowania i nie powinniśmy wykluczać takiej opcji z założenia, bo to zaprowadzi nas w ślepą uliczkę i poda do ręki poważny oręż przeciwnikom wędkarstwa. Jednocześnie musimy zachowywać szacunek dla przyrody, umiar i zdrowy rozsądek w korzystaniu z jej zasobów. Tak właśnie bym widział wzorzec wędkarstwa w pełni etycznego, odpowiadającego godności ludzkiej i jego roli w przyrodzie. Bo miłość do natury nie polega tylko na przyglądaniu się jej, ale również na mądrym uczestniczeniu w niej. Warto przeczytać kilka pięknych słów na ten temat, napisanych przez jednego z klasyków polskiej literatury wędkarskiej – Feliksa Choynowskiego:

„Istotnym znamieniem wędkarstwa jest obok czynnika łowieckiego i walki o zdobycz prawdziwe ukochanie i głębokie zrozumienie przyrody, w której otoczeniu wędkarz przebywa oraz żywiołu, któremu stara się wydrzeć zazdrośnie strzeżone skarby.

Ten drugi właśnie i uczuciowy czynnik nadaje wędkarstwu swoisty urok, przemawia silnie do wędkarza od pierwszych nieudolnych kroków nad rybną wodą i staje się z czasem drogowskazem jego postępowania oraz wskaźnikiem etyki i kultury wędkarskiej.

Woda rybna – to żywa i piękna, lecz tajemnicza księga przyrody. Otworzyć tę księgę może każdy, kogo pociąga łów wodny, ale pełnię jej uroku i piękna poznać może jedynie wędkarz rzetelny i szlachetny.”*

Na koniec wypada powrócić do pytań, które były dla mnie inspiracją do napisania tego tekstu. Czy możemy zatem dalej łowić ryby we współczesnym świecie? Czy możemy to robić nawet pomimo ataków miłośników zwierząt i nazywania wszelkich łowców barbarzyńcami bez uczuć?

Moim zdaniem odpowiedź jest zdecydowanie twierdząca – możemy to robić z całkowicie spokojnym sumieniem i nie przejmować się niesłusznymi zarzutami. Pod warunkiem zachowania zasad określonych w końcowym wniosku.

Piotr Motyka

Zdjęcia: Archiwum Eventuru

* Feliks Choynowski – „Wędkarstwo na wodach polskich”, Warszawa 1949






Więcej o blogu

Witam serdecznie wszystkich Wędkarskich Podróżników!

Nazywam się Piotr Motyka i jestem gospodarzem oraz redaktorem tego bloga.

Na blogu znajdziecie wiele moich tekstów, zdjęć oraz reportaży, ale także materiały autorstwa moich Kolegów „po kiju”. Część z nich prezentowana jest również na stronie fishingexplorers.com, inne tylko tutaj. Tematem są wędkarskie podróże, a wszystko adresowane jest do ludzi, którzy tak jak my je kochają.

Zapraszam serdecznie!

Siedziba biura

EVENTUR FISHING
ul. Roentgena 23 lok. 21, III piętro
02-781 Warszawa

biuro czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 09.00-17.00

telefon: + 48 22 894 58 12
faks: + 48 22 894 58 16