Nasz blog wędkarski

Panafishing po polsku

Wyprawa do Panamy

Dzień 1

Z moim niemal fanatycznym podejściem do snu rzadko budzę przed budzikiem. A już z pewnością nie gdy ten jest nastawiony na 3.30. Tym razem jednak otwieram zadziwiająco rześko oczy o 2.30 - to dziś! To już, hurra!

Pierwsza w życiu prawdziwa wędkarska wyprawa na tropikalne wody i to od razu do raju wędkarskiego - ruszamy ze Sławkiem (mój brat) do Panamy na Tuna Coast nad Oceanem Spokojnym.

Dziesiątki obejrzanych filmów, zdjęć, relacji uczestników, starannie skompletowane wyposażenie, stroje i przynęty - z teorii na pewno mamy szóstkę, ale jak to przełoży się na wyniki na oceanie, zobaczymy.

Spotkanie grupy na lotnisku, imiona, uściski rąk i wzajemne obwąchiwanie się - mamy spędzić ze sobą najbliższe 10 dni 24/7, w tym sporo czasu na niedużych łódkach na wodzie. Skład mieszany pod względem doświadczenia wędkarskiego w tropikach - dla połowy to pierwsza taka wyprawa. To ośmiela „weteranów” do pierwszych opowieści przy kawie.

Zaczynają się też emocje, choć nie takie, jak oczekiwaliśmy. Henryk zostaje zawrócony z odprawy bo ważność jego paszportu jest za krótka o 6 dni w stosunku do wymaganej. Szok! Żegna się ze łzami w oczach.

We Frankfurcie przesiadka, przy pierwszym piwie (już przecież 9.00:) opowieści weteranów nabierają kolorów.

Potężny Airbus A340 staje się naszym domem na kolejne 11 godzin. Wykorzystujemy ten czas na poznanie grupy. Whisky rozlewana po siedzeniem to ewidentne polska specjalność na pokładach samolotów. W efekcie gdy lądujemy w Panama City, znamy już pokaźną część swoich życiorysów: żony, rozwody, dzieci, psy itd. Nie mogło się też obejść bez sprawdzenia sympatii politycznych. To przecież konieczny warunek swobodnej rozmowy, żartowania. Uff! Wszystko ok.

Dzień 2

Dobrze było wypoziomować się na łóżku hotelowym po tym długim locie. Rano wszyscy w dobrych humorach wsiadamy do wygodnego busa i ruszamy w trzystukilometrowa podróż. Panama City jest mieszanką stylów architektury - od drapaczy chmur po pokryte blachą budy jak ze slumsów. Suniemy wolno w gigantycznych korkach. Jak rozumiem auto bez sprawnego klaksonu nie może tu przejść pozytywnie badań technicznych.

Zawijamy nad Kanał Panamski. - z platformy widokowej obserwujemy spektakl wciągania potężnego masowca przez malutkie przy nim lokomotywy między dwie śluzy. Wydaje się, że on nie ma prawa się zmieścić między betonowe ściany, a jednak się udaje. Niesamowite wrażenie robi potem wyrównywanie poziomów wody: ogromny statek jakby zapada się 10 metrów w dół by po otwarciu śluz powoli ruszyć zmieniając wody jednego oceanu na drugi.

Ruszamy w dalszą drogę. Krajobraz dość monotonny - dżunglopodobne lasy przeplatane polami trzciny cukrowej, wioski i miasteczka o chaotycznej zabudowie.

Droga niezła, wszyscy jadą przepisowo bo praktycznie co 10 km spotykamy policjanta na motorze - wszyscy zapatrzeni w swoje komórki jakby grali w jakaś policyjną grę sieciowa. Z drugiej strony efekt prewencyjny jest osiągnięty.

Docieramy do Pedasi późnym popołudniem. Nasza baza położona jest na obrzeżach miasteczka, jakieś 1,5 km od brzegu oceanu. Ułożone w podkowę 3 pokryte dachówką parterowe zabudowania: dwa z nich mieszczą cztery proste, ale funkcjonalne pokoje dla gości. Trzeci kryje przestronną jadalnię z kuchnią. Patio mieści podświetlany wieczorem basen oraz strefę relaksu z kanapami z białej skóry. Wokół rosną palmy. Całość robi dobre wrażenie. W jadalni znajduje się mini galeria przynęt (jeszcze okaże się przydatna po straconych w walkach z rybami popperach, stickbajtach i jigach) oraz coś w rodzaju wędkarskiej „wall of fame”. Z respektem patrzymy na kilkadziesiąt zdjęć szczęściarzy z potężnymi okazami cuber, tuńczyków, jacków, roosterów i innych kolorowych ryb, marząc o tym by też się tu znaleźć za kilka dni.

Na razie zaczynamy wielkie zbrojenia - do popperow 60g mocujemy kotwice trójki, do większych piątki. 150 g jigi zbroimy w potężne haki. Przeglądamy zapasy kółek i krętlików, fluorocarbon 80tka posłuży do robienia przyponów. To już robota dla naszych kapitanów- nasze wiązanie nie wytrzymałoby w starciu z panamskimi rybami.

Jeszcze trochę teorii od właściciela bazy Pierra i ... wydaje się, że jesteśmy gotowi.

Dzień 3

Nie wiem czy to jetlag, czy ekscytacja nadchodzącą przygodą, ale budzimy się wszyscy o piątej rano i kręcimy się po bazie nie mogąc doczekać śniadania. Około 7.15 podjeżdża ogromny pick up: wędki mocujemy na dachu, pakujemy przynęty, plecaki, coolery z napojami i lunch boxami, a potem ładujemy się na pakę. 15 kilometrów dłuży się rano niemiłosiernie - nikt nie ma serca do podziwiania krajobrazów, rozmowy nie kleją się bo wszyscy myślami są już na wodzie.

Na plaży cały nasz ekwipunek pakujemy do taxi boat, która rozwozi nas do łodzi wędkarskich. Jeszcze tylko piątki na szczęście i jesteśmy gotowi. Wypływamy z zatoki na pełny ocean - nie ma wiatru, słońce za chmurami, na wodzie sztil, pogoda idealna.

Zaczynamy od lekkiego poppingu - po 15 minutach jest pierwsza ryba! Nieduży amber jack przechodzi pełnowymiarową sesję fotograficzną wywołując zdziwienie kapitana. Potem skasujemy te zdjęcia, bo zamienimy je na dużo bardziej efektowne, ale wtedy jeszcze tego nie wiemy.

O braniach na popper w Panamie mówi się, że są 3D: świetnie widać jak ryba uderza w popper, towarzyszy temu słyszalne z daleka zakotłowanie się wody. Największe wrażenie robi jednak poczucie tego uderzenia poprzez wędzisko. Niesamowite uczucie wyzwalające ogromną adrenalinę. Po zacięciu zaś krótka, ale bardzo intensywna walka z ultra silnymi tu rybami. Nawet pięciokilowy jack potrafi człowieka niemal wyrwać z butów. Hamulec piszczy jak oszalały, szczytówka wygięta prawie do wody - te ryby nie pozwalają na najmniejszy błąd. Chwila dekoncentracji lub fizycznej słabości prawie w stu procentach kończy się utratą ryby. Przegrywamy sporo tych walk zanim zrozumiemy reguły i nabierzemy wprawy.

To ewidentnie dzień tuńczykowy. Szukamy ławic sardynek i żerujących tuńczyków. Mamy niezłe efekty - do lunchu 12 sztuk, w tym jeden o dwucyfrowej wadze.

Po obiedzie zmieniamy na jigging - dokładamy groupera, makrelę hiszpańską, amber jacka i kilka red snaperów. Powrót do poppingu daje skromniejszy efekt, ale udaje się wyholować belonę.

Pomimo tego, że słońce jest za chmurami, operuje piekielnie - filtr 50 i komin na twarz to konieczność. Wieczorem zobaczymy dewastujący efekt braku ochrony u kolegi z innej łodzi. Zarówno popping jak i jigging to po prostu ciężka fizyczna praca: kilkaset rzutów ciężkim zestawem plus wyczerpujące zmagania z zaciętymi rybami sprawiają, że pod koniec dnia po prostu brakuje sił. Kiedy przy próbie rzutu rozbijam poppera o dach łódki, wiem że na dziś mam dosyć.

Na szczęście kończymy i wracamy do brzegu. Na pace naszego pick upa wymieniamy się wrażeniami z chłopakami z innych łódek - dzień u wszystkich udany, choć my chyba złowiliśmy najwięcej i nasz tuńczyk zostaje rybą dnia. Droga mija niepostrzeżenie.

Na kolacje genialny stek z tuńczyka sprawia, że bijemy brawo szefowi kuchni.

Zmęczenie daje się we znaki i o 22.00 nie ma już po nas śladu.

Dzień 4

Tym razem płyniemy prawie półtorej godziny. Pogoda inna niż wczoraj - wokół widzimy chmury deszczowe, lekko wieje, ale przynajmniej nie będzie tak gorąco jak wczoraj. Ocean zmarszczony lekką falą, ale nie buja nadmiernie. Siedzimy na tyle pędzącej łodzi kontemplując bezkresny ocean. Na horyzoncie udaje się dostrzec dwa wieloryby wyskakujące ponad toń - szkoda, że nie bliżej.

Patrzę na plecy naszego kapitana - na koszulce wielka ryba i napis Panafishing. Eduardo to krepy Panamczyk o dość zaciętym wyrazie twarzy. Powiedzieć o nim „małomówny” to nic nie powiedzieć. Odzywa się zazwyczaj monosylabami, pojedynczymi angielskimi słowami typu: cast, up, down czy fish. Dziennie wypowiada do stu słów na łódce. Nawet znając hiszpański nie dałoby się z nim nagadać, ale na pewno można go polubić. W pierwszy dzień musztrował nas niemiłosiernie kręcąc głowa na nasze mizerne umiejętności, ale z każdym rzutem było nieco lepiej, więc pod koniec dnia ze dwa razy nawet się uśmiechnął. W kwestii wędkarstwa jest praktycznie Bogiem - widzi ławice z kilometra, zna dziesiątki miejscówek, zawsze ma plan i - jak się okaże - robi naprawdę dobrą robotę. Wymaga na łodzi bezwzględnego posłuszeństwa i czystości. W pierwszej kwestii szybko konstatujemy, że jakieś nasze pomysły z wyborem techniki, przynęty czy nawet strony łódki, z której rzucamy nie mają racji bytu. Po paru godzinach z Eduardo działamy jak mała wędkarska armia posłusznie biorąc wskazaną przez El Capitano wędkę, przynętę, a rzucamy oczywiście tylko na rozkaz i w stronę wskazaną ruchem ręki El Capitano. Oczywiście bez słowa, ma się rozumieć.

W drugiej kwestii na łodzi musi być czysto jak w szpitalu. Eduardo zmywa natychmiast każdą plamkę krwi po wyciągnięciu ryby na pokład. Szybko łapiemy o co chodzi i gdy sami sprzątamy pokład, El Capitano uśmiecha się do nas po raz pierwszy.

Wreszcie dopływamy na miejsce. Dziś to będzie w większości dzień jiggingu. Zmieniamy kilkanaście razy miejsca. Trochę urozmaicamy łowienie poszukiwaniem stad delfinów osaczających ławice. Eduardo tłumaczy nam, że przy nich powinny być także duże tuńczyki żółtopletwe. Zawzięcie posyłamy popper raz za razem. Dziś jednak bez większego efektu. Za to jigging daje dobre rezultaty. Wyciągam pięknego groupera ponad 10 kg, mamy tez kilka makrel hiszpańskich, albakory, waleczne pompano, snappery, bardzo ładnego bluefina, a nawet złapaną za bok papugorybę. Tę ostatnią Eduardo odpina bardzo ostrożnie, bo ryba ma kolce jadowe.

Są pierwsze straty w sprzęcie - jig urwany po zaczepie o skałę, obcięty przy niecelnym ataku dużej ryby popper. Wieczorem będzie konieczna wizyta w sklepiku u Pierra.

W drodze powrotnej El Capitano zatrzymuje się na spocie, na którym jeszcze nie byliśmy.

Gdy Eduardo niemo wskazuje najcięższe zestawy i skinięciem głowy daje znak, w która stronę rzucać, spoglądamy wymownie na siebie, a potem wymieniamy się mało cenzuralnym komentarzem, którego sens sprowadza się do: „chce nas zamęczyć dla zabicia czasu”. Zostało nam jakieś pół godziny łowienia, obolali rzucamy popperami bez najmniejszego przekonania. Nagle nad przynętą Sławka przewala się czerwone cielsko, a potężne uderzenie prawie wyrywa go za burtę. Eduardo zrywa się z energią, o jaką nikt go nie podejrzewał i krzyczy: „cubera! cubera!”. Ryba bez namysłu odjeżdża i przez moment zaczyna przechylać szalę zwycięstwa na swoją stronę. Sławek dokręca hamulec na full i zaczyna się piekielne siłowanie. Kołowrotek jęczy jakby kogoś obdzierano ze skóry, wędzisko zagina się aż pod burtę lodzi, a Sławek nosowym głosem zaklina rybę próbującą wciągnąć go do wody. Cubera próbuje desperacko uciec w skały na dnie ciągnąc z siłą lokomotywy z Kanału Panamskiego. Zafascynowany patrzę na ten kilkuminutowy spektakl. Gdy wreszcie udaje się podnieść rybę nad dno, czuję, że nasze szanse rosną. Brat zagrzewany przez El Capitano okrzykami: „fuerte! fuerte!” mozolnie holuje rybę na powierzchnię. Gdy wreszcie wielkie czerwone cielsko pojawia się na tafli wody, wszyscy krzyczymy jak oszalali. Gdy 25 kilowa ryba ląduje na dnie łodzi, zaczyna się taniec radości, którego apogeum to potężne „misie” Sławka i Eduardo. Ten pierwszy opowiada Eduardo o holu ryby z ogromnym przejęciem po polsku, a tamten emocjonalnie odpowiada coś po hiszpańsku.

Pełna abstrakcja i pełne wędkarskie szczęście!

Legendarna ryba życia Sławka zaczyna pozować do dziesiątków zdjęć, które za kilka godzin wywołają emocje od zachwytu do zazdrości wśród znajomych na drugiej półkuli.

Gdy dopływamy do naszej plaży i dostrzegamy chłopaków, skaczemy w łódce z podniesionymi rękami, krzycząc „cubera! cubera!”. Ze zdziwieniem patrzymy na Marcina i Przemka, którzy też mają ręce w górze i pokazują na palcach „2”. Niemożliwe staje się faktem: średnio udaje się całej ekipie złowić jedną cuberę przez tydzień, a my w drugi dzień mamy 3!!!!

To będzie długi wieczór.....

Dzień 5

Po wczorajszym mega dniu oczekiwania rosną. Do naszej – jak się wydaje – fartownej łódki przesiada się Tomek. Cieszymy się bo – po pierwsze zrobi nam fajne zdjęcia i pofilmuje gopro, ale też mamy nadzieję, że na nim skupi dziś swe dydaktyczne zacięcie El Capitano.

Nie mylimy się – już przy pierwszym rzucie Tomek dostaje burkliwą reprymendę od Eduardo, że nie w tę stronę. Po około 30 minutach coachingu Tomek dołącza karnie do naszego wędkarskiego plutonu: rzuca tylko na rozkaz i tylko przynętą zaaprobowaną przez dowódcę.

Pogoda dziś burzowa. Kilka potężnych skupisk prawie czarnych chmur robi świetne tło do zdjęć, ale lawirowanie między nimi to prawdziwa sztuka nawigacji. Eduardo udaje się to przez cały dzień. Mimo, że w prognozie pogody ciągłe opady, na nas nie spada praktycznie ani kropla.

Przed południem opływamy kilka miejscówek na jig. Mamy niezłe rezultaty: kilkanaście jacków i amber jacków, 2 bluefiny, 2 makrele hiszpańskie, 2 albakory i mały grouper. Nic spektakularnego jednak.

Po obiedzie ryba przestaje brać – wydawało się to tutaj niemożliwe, a jednak.

Bezowocnie młócimy Pacyfik popperami i jerkami, zmieniamy miejsca, ale to nie pomaga. Jedyny efekt to przypadkowa barakuda i mały amber jack.

Emocje rosną, gdy w pełnym momencie za popperem Tomka wynurzają się 3 piękne roostery ze swoimi kogucimi pióropuszami. Płyną chwilę obok, ale nie atakują i w końcu znikają pod wodą. Podekscytowani rozmawiamy o tym, że jeszcze nikt nie ma „na rozkładzie” ryby koguta. Tylko Eduardo mamrocze niezadowolony i tłumaczy Tomkowi, co ten zrobił jakoby źle.

Coraz bardziej dają się we znaki omdlałe ramiona, siniaki pod pachą i w pachwinie (Eduardo z sobie tylko znanych powodów nie pozwala nam używać pasów gimbal). Ze zgrozą patrzę na czerniejący duży palec u nogi po uderzeniu w burtę przy szarpnięciu ryby. Przy adrenalinie nie czułem tego nawet, ale teraz boli jak diabli. Sławek ma na ręce brzydką ranę po płetwie wczorajszej cubery (przy zdjęciu) – niby natychmiast zdezynfekowaliśmy, ale dziś nie wygląda to dobrze.

Obaj mamy odciski na palcach i masę otarć, ranek od haków i rybich płetw.

Z ulgą myślimy o jutrzejszym wolnym dniu, gdy łódź zmierza w stronę plaży.

Osłodą dnia są bezapelacyjnie kolacje – zamawiamy codziennie na przystawkę sashimi z tuńczyka i makreli hiszpańskiej (warunek – złowić ryby!), a na główne - wariacje szefa kuchni na temat „świeża ryba”. Jest pysznie.

Dzień 6

Kiedy przyjechaliśmy, wszyscy na dzień wolny planowali dodatkowe wypłynięcie na ryby. Po trzech morderczych dniach jednak wszyscy zostają w bazie. Od rana pada deszcz, snujemy się ospale lecząc rany i dając odetchnąć mięśniom.

Ponieważ do tej pory funkcjonujemy w systemie auto-łódka-baza, postanawiamy się rozejrzeć. Spacer w stronę plaży w tej temperaturze i wilgotności jest wyzwaniem. Tomek postanowił pobiec w tę i z powrotem. Po przebiegnięciu w sumie 8 km, zmierzył sobie puls 168(!). Z coraz większym szacunkiem myślimy o naszej codziennej ”szychcie” na łódce…

Sama plaża dość szeroka, piasek nieco ciemniejszy niż nad Bałtykiem. Nie widzimy żadnych turystów, tylko odpoczywających „lokalsów” (jest niedziela).

Tawerna na plaży przypomina smażalnie ryb z Ustki czy Sopotu z lat dziewięćdziesiątych. Mimo zachęcających cen nie decydujemy się na spróbowanie lokalnej kuchni. Jeszcze bliżej wody miła pani o ciemnawym kolorze skóry sprzedaje ceviche z ryby z plastikowego coolera – tak jak u nas kukurydzę, czy lody. Odmawiamy grzecznie.

Całą ekipą ruszamy do pobliskiego Pedasi na obiad. Miasteczko ciche, spokojne – 2 restauracje, hotelik, stacja benzynowa 2 markety i kościół. Domki malutkie, parterowe. Życie towarzyskie tętni głównie na werandach – w środku tylko spanie i kuchnia bo pewnie nie ma „klimy”. Wczoraj było „święto flagi”, więc domki przystrojone dziesiątkami flag i kokard w biało-czerwono-niebieskich barwach. W wielu widać ołtarzyki, sporo figur Matki Boskiej – Panama to bardzo katolicki kraj.

Restauracja zaskakuje nas bardzo pozytywnie: sprawna obsługa, mała scena z pełnym zestawem instrumentów muzycznych – okazuje się, że dwa razy w tygodniu występuje tu zespół na żywo. Ceviche z corvinii bardzo świeże, może trochę za dużo octu winnego. Kompensuje to genialny filet z ryby dnia – dziś to mahi-mahi. Palce lizać!

Kolejna niespodzianka to imieniny Marcina. Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zaproszeni. Zaczyna się świętowanie po polsku w samym środku Pedasi.

Przy „sto lat” reszta gości na chwilę zwraca na nas uwagę, ale trwa to bardzo krótko. Pewnie widzieli tu niejedno.

Wracamy do bazy, gdzie impreza imieninowa przechodzi w kolejną fazę: kolejne opowieści, anegdoty i nasz głośny śmiech niesie się w stronę morza. Didżej Czesław zapewnia muzykę – króluje polska klasyka. Gwiazdą wieczoru zostaje Krzysiu i jego „spalona na platan ryba” Pozwólcie tego nie wyjaśniać.

Po kolacji Marcin postanawia zaprosić na swoje imieniny również obsługujący nas staff. Część z nich nieopatrznie przyjmuje zaproszenie.

Jest taki dowcip – z wódką nikt nie wygrał. Jedynie Polacy i Rosjanie remisują.

Nasz francuski personel z pewnością go nie znał…

Dzień 7

Rano panuje nietypowa cisza. Nikt się nie krząta, nie szumi expres do kawy. Dopiero po dłuższej chwili, zdaję sobie sprawę, że nasza obsługa nie stawiła się dziś do pracy. Dobrze, że kucharz wczoraj odmówił i prysnął do domu. Przeklinając Marcina, nakrywamy stół, parzymy kawę i pomagamy kucharzowi. Nasza ekipa w komplecie, silna, zwarta i gotowa. Tylko wody do termosu na łódkę nalewamy po samą pokrywę…

To nasz pierwszy w pełni słoneczny dzień na wodzie. Dziś nie tylko filtry 50-tki, kominy, długie rękawy, ale też i długie spodnie u większości. Jest naprawdę gorąco – jedynie lekka bryza ratuje sprawę.

Gdy płyniemy w stronę łowisk, przyglądam się wędkom ustawionym w stojaku za plecami Eduardo. Mamy ich trzy rodzaje. Do ciężkiego poppingu długa (250 cm) wędka o mocy blanku 60 lbs z solidnym kołowrotkiem Daiwa Catalina 6500. Obok nieco krótsza (230 cm) z mocą blanku 30 lbs – do lżejszego poppingu i rzutów stickbaitami. Kołowrotek Shimano Stella 8000 prezentuje się solidnie. Wreszcie do jiggingu używamy krótkich (160 cm), sztywnych wędek o mocy blanku 60 lbs, uzbrojonych w kołowrotki Daiwa Saltiga. Na wszystkich pewnie ze 200 metrów mocnej plecionki. Tu nie może być „miętkiej gry”, jak to mówi Marcin.

Przed południem z rybą jest nieźle – „chodzi” głównie jig. Do lunchu mamy 10 sztuk: tuńczyka, red snappera, 3 bonito, 3 albakory, pompano i jedną makrelę hiszpańską.

Po obiedzie już tradycyjnie branie „siada”. Mielimy wodę naszymi popperami, zmieniamy miejsca i przynęty kilka razy, ale efekt jest słaby: jeden jack i jedna belona.

Obserwujemy delfiny – całe ich stada zaganiają drobnicę i polują. Polujące stado delfinów to zawsze szansa na tuńczyki, które lubią się „podłączyć”.

Jeśli nie polują, są bardzo ciekawskie – kilka razy filmujemy je kilkanaście metrów od łodzi.

Z powodu upału i wczorajszych imienin „schodzi” nam woda i piwo. Rozmarzeni patrzymy na zachodzące słońce, gdy w końcu spływamy do bazy.

Masaż to genialny pomysł – sympatyczna i niepozorna Panamka okazuje się mieć ręce jak imadła, co jest wręcz idealne dla naszych mięśni jak kamienie.

Dzień 8

Przed ostatnim dniem u wszystkich widać duże oczekiwania – mimo cuber, sporych jacków, tuńczyków i mnóstwa innych gatunków (policzyliśmy, że jako grupa złowiliśmy 17 gatunków ryb!), nie mamy jeszcze roostera ani wahoo. To jest zatem cel na dziś.

Słońce ostro świeci – od samego rana zaciągamy kominy na twarze, starannie smarujemy się kremem 50-tką, popijamy własnoręcznie robiony izotonik. Przy tej temperaturze kilkugodzinny wysiłek to prawie jak przebiec maraton.

Z tym, że dziś to raczej nie będzie maraton holu ryb. Jest słabo – na tygodniowym wyjeździe słaby dzień po prostu musi się zdarzyć. Szkoda, że to dziś.

Po dwóch godzinach poppingu wyciągam – chyba na osłodę – małą mahi-mahi. Poprawiamy bilans złowionych gatunków ryb, ale to by było na tyle. Mamy brania, ale takie niezdecydowane i nic nie udaje się zahaczyć.

Kolejne dwie godziny pływamy w poszukiwaniu miejscówek jiggowych, ale nasza echosonda pokazuje stale niebieską pustą przestrzeń pod nami.

Z nudów przyglądam się naszym pudłom z przynętami – większa część tego co wzięliśmy okazałą się nieprzydatna. Poppery wzięliśmy za duże, jigi nie w tych kolorach. 2-3 duże poppery 120-180g w zupełności by wystarczyły. Bardzo dobrze chodziły te mniejsze 60-80, a dziś łowię na popper 40g pożyczony mi przez Eduardo (osiągamy nowy poziom relacji!). Stickbajty raczej mniejsze – 60-100g, jeden 120 g przydał się również. Najwięcej złowiłem na ten ”z brzuszkiem” imitujący sardelę. Jigi są dobre wagowo (100-200g), ale „chodzą” tylko srebrne, srebrno-błękitne i czasem różowe.

Po lunchu udaje się w końcu namierzyć jakąś ławicę – jiggujemy zawzięcie, ale silne prądy nie pozwalają na spektakularny sukces. Bo trudno za taki uznać dwa bonito i dwa albakory.

Przerzucamy się na popper – znowu mamy roostera blisko, ale nie udaje się go namówić na atak.

Pod koniec dnia zacinam piękną, sporą corvinię. Sympatyczny koniec naszego wędkowania.

Jesteśmy nałowieni „do bólu” – w przenośni i dosłownie. Spektakularne brania 3D i zacięte walki z rybami, emocje i chwile zwątpienia. Fizyczna ciężka robota i niekiedy przełamywanie samego siebie. Chwile euforii po godzinach cierpliwego „batożenia”. Niesamowita różnorodność ryb – oto wędkarstwo w Panamie w pigułce.

Kończymy bez strat w ludziach, a to jest sukces przy rzucaniu we trzech uzbrojonymi popperami na niedużej łódce. Ściskamy się z Eduardo, on też robi się końcu wylewny (jakieś 20 słów). Zasłużył na swój napiwek bez dwóch zdań.

Słońce powoli zachodzi. Ocean Spokojny żegna się z nami.

Na pewno nie na zawsze….


Autor tekstu: Piotr Kaczmarek






Więcej o blogu

Witam serdecznie wszystkich Wędkarskich Podróżników!

Nazywam się Piotr Motyka i jestem gospodarzem oraz redaktorem tego bloga.

Na blogu znajdziecie wiele moich tekstów, zdjęć oraz reportaży, ale także materiały autorstwa moich Kolegów „po kiju”. Część z nich prezentowana jest również na stronie fishingexplorers.com, inne tylko tutaj. Tematem są wędkarskie podróże, a wszystko adresowane jest do ludzi, którzy tak jak my je kochają.

Zapraszam serdecznie!

Siedziba biura

EVENTUR FISHING
ul. Roentgena 23 lok. 21, III piętro
02-781 Warszawa

biuro czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 09.00-17.00

telefon: + 48 22 894 58 12
faks: + 48 22 894 58 16