Nasz blog wędkarski

Nocny hardcore

Wędkarskie przygody / Maciek Rogowiecki


Nie, ten tekst nie będzie traktował o studenckich czasach beztroski, ale o tropikalnym łowieniu karanksów. GT (karanks olbrzymi, caranx ignobilis) jest jedną z moich ulubionych ryb. Atakuje poppery wściekle jak ranny dzik, jest bardzo silna i nigdy, ale to nigdy nie poddaje się łatwo. Większe osobniki (ponad 25 kg) są w stanie wywrócić przy braniu wędkarza na pokładzie (zdarzyło mi się już kilka razy), a rekordowe (40-60 kg) wysnuwają po kilkadziesiąt metrów plećki ze Stelli 18 000 lub Saltigi 6500H. Rzecz jasna przy hamulcu dokręconym na beton. Spróbujecie tego samego. Jeśli uda Wam się wyciągnąć metr linki, nawet w rękawiczkach, to serdecznie winszuję!


GT, podobnie jak wiele innych morskich drapieżników świetnie żeruje podczas nocy. Szczególnie tej księżycowej. Ocean jest wtedy spokojny i tylko lekko pulsuje. Drobnica zbija się w duże stada i podpływa w okolice płytszych, brzegowych raf. Widać tysiące srebrnych i kolorowych rybek przemykających tuż pod powierzchnią wody w mocnym świetle padającym z pokładowych reflektorów. Karanksy nie odstępują tej stołówki nawet o krok. Pływają wtedy płytko, często tuż pod samą powierzchnią wody. Nie ma lepszego momentu aby skusić je do brania wielgaśnym i hałasującym popperem.


Na pierwsze nocne łowy GT przyszło mi czekać kilka ładnych lat. Czytałem wcześniej (głównie na australijskich forach wędkarskich), że ich łowienie po zmroku jest nie tylko możliwe ale i bardzo efektywne, jednak wędkarscy przewodnicy w tropikach pracują zazwyczaj w dzień. A bez nich i szybkiej łodzi skuteczne łowienie w wielkim oceanie jest z góry skazane na porażkę. Wszystko zmieniło się na Madagskarze, który odwiedziliśmy w grudniu 2017 roku. Nicholas, który był kapitanem naszej jednostki nie traktował godzin swojej roboty zbyt dosłownie i na łodzi mógł siedzieć nawet 12 godzin z krótką przerwą na lunch. Pewnego pięknego dnia, kiedy brania były delikatnie mówiąc „średnie” zaproponował abyśmy zostali na wodzie aż do zapadnięcia zupełnych ciemności, a jak coś się wydarzy to nawet dłużej. Ten dzień, a właściwie noc była jednym z najciekawszych i przepełnionych emocjami wydarzeń w moim wędkarskim życiorysie.


Zaczęło się niewinnie i nic nie wskazywało na nadchodzącą „hekatombę”. Dryfowaliśmy sobie na rozległym morskim blacie o głębokości 5-20 m. Kilkaset metrów dalej ten blat gwałtownie się urywał i głębokość wynosiła ponad 300 metrów. Podczas pływów w tym miejscu tworzyły się wyraźne wiry, a woda płynęła jak w rwącej rzece. Czyli bankówka na GT, pod warunkiem że akurat były głodne. Zresztą nie tylko na karanksy. Przy raptownym przejściu z głębiny na płytką, kamienną rafę nigdy nie wiadomo co przyładuje. Takie miejsca bardzo lubią tuńczyki psie, barrakudy, makrele hiszpańskie oraz co najmniej kilka gatunków rekinów, z żarłaczem tępogłowym na czele. I to jest chyba najwspanialsze podczas tropikalnych wyjazdów – często zdarzają się niespodzianki, a kolejna zacięta ryba może okazać się większą od wędkarza! Na naszej łodzi na razie jednak nie działo się prawie nic. 150 gramowe poppery i stickbaity czesały skrupulatnie Indyjski Ocean, ale odpowiedź była mizerna. Pamiętam, że mieliśmy tego dnia już lekko dość. Od rana wysoka fala, diabelski upał i kompletny strajk po stronie ryb. Mięśnie bolały od rzutów jak jasna cholera, a dłonie poprzecinane plecionką mocno piekły od soli. Właściwie to chcieliśmy wracać na nasz katamaran marząc o zimnym piwie, które kucharz trzymał zamknięte w szafce pod podkładem. Ale nie zdążyliśmy. Tuż przed samym zachodem słońca pierwszego zaciął właśnie Nicholas. Mocarne „łubudu” i jęk plecionki wyrwały nas z marazmu w mgnieniu oka. Nasz przewodnik to fachura, więc ponad 20 kilogramowa ryba poddała się na mocarnym Carpenterze po zaledwie pięciu minutach (komuś, kto nie ma doświadczenia walka z takim karanksem zajmie przynajmniej dwa razy tyle). Szybka fotka, po czym pada komenda, że robimy jeszcze jeden dryf po tej samej trasie, którą mamy oczywiście zaznaczoną na ploterze. Poppery lądują w wodzie, a kompletny zmrok zapada dosłownie po chwili, bardzo szybko - jak to w tropikach. Pojawiają się pierwsze gwiazdy południowej półkuli, księżyc jasno świeci na niebie, a my rzucamy z całych sił. Ciężkie poppery lecą spokojnie na 60-70 metrów i mocnymi pociągnięciami sprowadzamy je do łodzi. Nic nie widać, ale słychać je bardzo wyraźnie – głośne i miarowe bulgotanie.


Brania następują jednocześnie na wszystkich wędkach, myślę, że jakieś 30 metrów od burty. Słychać potworny huk, po czym czujesz jak coś prostuje ci zupełnie łokcie, a wędka wylatuje z rąk. Wrażenie jest kompletnie niesamowite, nie da się tego prosto wytłumaczyć. Nie jesteś zupełnie przygotowany i jest odwrotnie niż w dzień. Tam wpierw widzisz branie, potem czujesz. Wiesz jaka walka za moment cię czeka, potrafisz ocenić z grubsza wielkość karanksa. A w nocy słyszysz, czujesz, ale nic widzisz. Swoje pierwsze nocne branie zepsułem, bo nie byłem po prostu dostatecznie skupiony i zbyt słabo zaparłem się nogami o burtę łodzi. Karanks rozciągnął mnie na pokładzie jak dziecko i zanim podniosłem się do pionu i skasowałem luz na zestawie to już go nie było. Tylko rozgięty Owner ST 66 wskazywał na to, że ryba była z tych lepszych. Więcej szczęścia mieli Adrian z Marcinem, którzy zdołali utrzymać się w pionie (choć gdyby nie czujność przewodnika to Marcin po braniu 30-tki mógł wylądować za burtą) i wyciągnęli swoje ryby. To szaleństwo trwało jeszcze dobrą godzinę i złowiliśmy przez ten czas kilkanaście karanksów powtarzając ten sam dryf jeszcze trzy razy. Większość miała ponad 20 kg, a Adrian po niesamowitym braniu w świetle księżyca (3 metry od łodzi) ledwo bo ledwo, ale pokonał piękny okaz o wadze 42 kg. Myślę, ze karanksy brały by dalej ale my nie mieliśmy już sił ich łowić. Ta wariacka godzina wyczerpała nas zupełnie. Byliśmy odwodnieni, poobijani od ciągłego zapierania się kolanami o burty, a mięśnie pleców i rąk paliły żywym ogniem. Trzeba było powiedzieć dość. Kolejna ryba nic by przecież nie zmieniła, a na katamaranie czekało wyśnione piwo…

Maciek Rogowiecki



Więcej o blogu

Witam serdecznie wszystkich Wędkarskich Podróżników!

Nazywam się Piotr Motyka i jestem gospodarzem oraz redaktorem tego bloga.

Na blogu znajdziecie wiele moich tekstów, zdjęć oraz reportaży, ale także materiały autorstwa moich Kolegów „po kiju”. Część z nich prezentowana jest również na stronie fishingexplorers.com, inne tylko tutaj. Tematem są wędkarskie podróże, a wszystko adresowane jest do ludzi, którzy tak jak my je kochają.

Zapraszam serdecznie!

Czytaj również

Siedziba biura

EVENTUR FISHING
ul. Roentgena 23 lok. 21, III piętro
02-781 Warszawa

biuro czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 09.00-17.00

telefon: + 48 22 894 58 12
faks: + 48 22 894 58 16