Nasz blog wędkarski

Irlandzka jesień

Reportaż Piotra Motyki / Irlandia

Irlandzka jesień

Zielona wyspa znana mi była jak dotąd tylko z dwóch wiosennych wypraw, które odbyłem w latach 2006 oraz 2010. Kraj ten mnie wtedy oczarował, nie tylko zasobnością w ryby, ale również swym niepowtarzalnych klimatem, na który złożyły się średniowieczne zamki, urwiste klify Moher nad oceanem, puby z piwem Guinness oraz grana na żywo, jedyna w swoim rodzaju celtycka muzyka.

Od lat pragnąłem tam wybrać się również jesienią, gdyż to ponoć najlepsza pora na połów grubych szczupaków, będących wówczas w optymalnej kondycji fizycznej. Ponadto barwy jesieni sprawiają, że zdjęcia są zdecydowanie piękniejsze, a otaczające nas krajobrazy bardziej malownicze.

Plan udało się zrealizować dopiero teraz, we wrześniu 2017 roku, a więc po siedmiu latach od mojej ostatniej eskapady. Eskapady naznaczonej tragiczną katastrofą smoleńską oraz erupcją islandzkiego wulkanu, który zatrzymał komunikację lotniczą w wielu krajach, a nas zmusił do koszmarnej poniewierki przez pół Europy. Podróż powrotną przebyliśmy dwoma promami, ekspresowym pociągiem, londyńską czarną taksówką i samochodem wysłanym po nas z Polski do holenderskiego Rotterdamu. [ tutaj reportaż z tamtej wyprawy ]

Teraz wybrałem się w towarzystwie Sławka Smółki, z którym ostatnio coraz częściej podejmujmy wspólne wędkarskie wyzwania. W planie mieliśmy sześć dni łowienia ryb pod okiem znakomitych przewodników i niezwykle sympatycznych chłopaków – Jacka Gornego i Tomka Kurmana, mieszkających od wielu lat w Irlandii.

Podróż przebiegła bezproblemowo – najpierw samolotem Ryanair przeskoczyliśmy z podwarszawskiego Modlina do stolicy Irlandii, a potem w Dublinie zapakowaliśmy się do lokalnego autobusu, który przetransportował nas do miasta Athlone w centralnej części wyspy. Stamtąd już odebrał nas Jacek i zawiózł do hotelu położonego w pobliżu miasteczka Roscommon.

Irlandzka jesień
Dzień pierwszy

Rano po zjedzeniu typowo brytyjskiego śniadanka (jedni lubią, inni nie, ale obfitości i pożywności nie sposób temu daniu odmówić), założyliśmy odpowiednie ciuchy (uwaga – przelotny deszczyk to w Irlandii codzienność) i popędziliśmy schodami na dół, gdzie przy recepcji już czekał na nas Jacek. Sprzętu własnego nie trzeba było przygotowywać – wszystko mieliśmy zapewnione przez naszych niezwykle profesjonalnych gospodarzy. Jedyne, co wziąłem ze sobą z kraju, to małe pudełko z ulubionymi przynętami. Ale nie wiadomo, czy ich użycie będzie celowe… Po dwudziestu minutach jazdy już byliśmy na miejscu – w sporej marinie nad jeziorem Ree – jednym z największych i najbardziej rybnych zbiorników Irlandii.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

„Jeśli chodzi o szczupaki, to dla mnie woda numer jeden na całej wyspie i postanowiłem teraz łowić z klientami głównie tutaj.” – od razu poinformował nas Jacek. „Corrib pozostaje naszym głównym celem jeśli chodzi o feroksy, ale szczupaków jest tu więcej. Poza tym, w zależności od warunków, mamy jeszcze do dyspozycji inne świetne jeziora – np. Mask, Derg czy kilka tajnych, którymi się głośno nie chwalimy. No i Corrib zawsze będzie szczupakową opcją, szczególnie jeśli chodzi o wiosenne metrówki na płyciznach. To w zupełności wystarczy, aby grubo łowić z klientami. Niezadowolonych praktycznie nie ma.”

Po zeslipowaniu łodzi ruszyliśmy na wodę. Pierwsze rzuty na kamienistej rafie nie przyniosły jednak efektu. Uderzyła nas wielkość przynęt zaproponowanych przez Jacka.

„Duże gumy są znacznie skuteczniejsze niż małe. Wywabiają szczupaki ze znacznej głębokości, są lepiej widoczne z oddali, a poza tym duży kąsek jest dla „grubego zwierza” bardziej atrakcyjny niż mniejszy.” – szybko wyjaśnił nasz guru.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po kwadransie zmieniliśmy miejsce. Tam doszło do spotkania z inną łódką, na której znajdował się drugi z naszych polsko-irlandzkich przewodników – Tomek, a także jego czeski klient Filip, z którym wędkowali już trzeci dzień. Przywitaliśmy się serdecznie - takie spotkania po latach to miła rzecz, szczególnie, gdy wspomnienia należą do zdecydowanie przyjemnych. Tomek z Filipem mieli już na koncie trzy metrówki, złowione dzień wcześniej, w tym jedną rybę o długości 113 cm. A poza tym wiele mniejszych sztuk. To imponujące! Ech, ta Irlandia…

Mnij więcej po godzinie łowienia nasi przewodnicy skomunikowali się telefonicznie, gdyż jeden z nich odkrył spore skupisko dużych szczupaków wokół stad drobnicy na dość głębokiej wodzie. Już było wiadomo, że tam spędzimy najbliższe godziny, próbując skusić do ataku wielkie zębate paszcze stosując metodę trollingową. Jacek zamontował w uchwytach cztery wędki – dwie zewnętrzne z planerami i dwie pracujące znacznie bliżej, kilkanaście metrów za łodzią. Na ekranie echosondy ukazały się pierwsze szczupaki stojące w toni pod ławicami małych rybek. Jacek od razu zapowiedział, abyśmy przygotowali się na rychłe branie.

No i nie pomylił się! W kilkanaście sekund po jego zapowiedzi pierwsza wędka wygięła się. Jako, że znajdowała się po mojej stronie łodzi chwyciłem ją, szybkim ruchem wyjąłem z uchwytu i rozpocząłem hol. Ryba musiała być spora, stawiała duży opór. Zapachniało metrówką.

Po kilku minutach szczupak szczęśliwie wylądował w wielkim podbieraku Jacka. Od razu uwieczniliśmy go na kilku fotkach i przystąpiliśmy do mierzenia, kładąc na specjalnej macie z miarką. Niestety – ryba miała „zaledwie” 96 centymetrów. A więc do metra trochę zabrakło, niemniej to dla mnie żaden problem. W wędkarstwie liczą się bowiem emocje, akcja, a największym wyzwaniem jest znalezienie ryb i skuteczne skłonienie ich do brań. To znacznie ważniejsze od tego, czy ryba ma kilka centymetrów więcej czy mniej. Na co zresztą nie mamy absolutnie żadnego wpływu.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Kolejnego szczupaka wyciągnął Sławek, bo branie objawiło się tym razem po jego stronie. Miał 90 centymetrów. Następny uderzył w prowadzoną dość płytko 30-centymetrową gumę dosłownie po kilku kolejnych minutach. Ten sprawił Sławkowi znacznie więcej kłopotu, ale też w końcu się poddał i wjechał do podbieraka. Wydawało się z pozoru, że „metrówka” murowana, ale pomiar wykazał tylko 98 centymetrów. Trochę pech, ale winny był nieproporcjonalnie mały ogon w stosunku do reszty szczupaczego ciała.

„To sto piątka z ogonem dziewięćdziesiątki” – spuentował Jacek.

Tym czasem na sąsiedniej łódce Filip wyjął po dość wyczerpującym holu rybę o długości 102 centymetry. Ma chłopak fart! To jego czwarta metrówka w ciągu trzech dni łowienia. Trafił chyba na łowienie życia.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Nie zdążyliśmy się dobrze rozsiąść w fotelach, a jedna ze Sławkowych wędek znowu przygięła się znacznie i już pozostała w tej pozycji. Nieostrożny szczupak był zatem zacięty. W trollingu całą robotę w tym zakresie wykonuje bowiem impet płynącej łodzi. Hol trwał może z pięć minut i zakończył się pechowym wypięciem ryby. A już ostrzyliśmy sobie apetyt na wyjątkowo pokaźny okaz, na co wskazywał opór na wędce – znacznie większy, niż przy poprzedniej rybie Sławka. Jakieś fatum, nie doczekamy się chyba tej metrówki.

Potem, aby trochę odreagować i odsapnąć po wielkich emocjach spłynęliśmy na małą wysepkę na lunch. Tam też za moment pojawił się Tomek z Filipem. Chłopcy szybko przystąpili do smażenia filetów z rdzawców, złowionych kilka dni wcześniej na oceanie. Po kwadransie wszystko było gotowe. Powiem tylko tyle – obiad marzenie! Taki serwis można opisywać w podręcznikach dla młodych kandydatów na wędkarskich guide’ów. Od Jacka i Tomka mogli by sporo się nauczyć.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po obiedzie potrollingowaliśmy jeszcze trochę na naszej miejscówce, ale padło tylko kilka mniejszych szczupaków. Potem zmieniliśmy miejsce, płynąc za cypel. Tam łowiliśmy z rzutu. Nie wydarzyło się nic spektakularnego, poza wypięciem się przy łódce 40-centymetrówego pstrąga, który zaatakował wielką szczupakową gumę. Szkoda, bo był w sam raz na pstrągowe carpaccio. Większych pstrągów nasi przewodnicy tutaj nie zabierają, a na Corribie w ogóle żadnych. To surowe reguły, które chłopcy narzucili sobie, aby te wyjątkowo cenne cuda irlandzkiej natury utrzymywały swoją populację na niezmiennie wysokim poziomie.

Przed wieczorem obłowiliśmy jeszcze rafę przy jednej z wysp. Tam zanotowaliśmy kilka kolejnych brań i wyholowaliśmy ostatnie tego dnia szczupaki. Summa summarum - to była dobra sesja. Ryb wyjęliśmy kilkanaście, w tym trzy dziewięćdziesiątki plus. Oby tak dalej!

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Wieczorem wylądowaliśmy na kolacji w naszym hotelowym pubie. Po dniu pełnym wrażeń łyk piwa Guinness podziałał na zmęczone mięśnie jak prawdziwy balsam. Co tu dużo mówić – radość rozpierała nasze serca. Świadomość, że jutro czekają na nas kolejne emocje, to jedno z najpiękniejszych uczuć na wędkarskich wyprawach.

Irlandzka jesień
Dzień drugi

Łódkę zeslipowaliśmy tym razem w innym rejonie jeziora Ree. Na otwarte wody prowadził dość wąski kanałek, który jednak pokonaliśmy w szybkim ślizgu. Jacek starał się, abyśmy znaleźli się jak najszybciej na łowisku. Tym razem mieliśmy próbować szczęścia na podwodnych łąkach – blatach porośniętych bujnymi łanami zielska. Głębokość zasadniczo od trzech do czterech metrów, ale momentami robiło się też płycej. Wykonywaliśmy w dryfie rzuty, stosując Jackowe pstrągopodobne gumy oraz dżerki – te ostatnie jego produkcji. Byliśmy od wrażeniem tej przynęty. Jej praca nie przypominała niczego, co znałem wcześniej. Niczego produkowanego fabrycznie. No, może poza salmowskim sliderem, który jest przynętą wybitną i działa niemal zawsze. Odjazdy woblera na boki były nieregularne, szerokie nawet przy bardzo wolnym podszarpywaniu. Zachowywał się zupełnie jak żywa, chora rybka. Prawdziwe arcydzieło, do stworzenia którego Jacek wykorzystał cały bagaż swoich szczupakowych doświadczeń.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Niestety, przez kilka godzin zanotowaliśmy jedynie pojedyncze, bardzo delikatne trącenia. Ryba była wyraźnie nieaktywna. Być może właśnie kończył się kilkudniowy okres fenomenalnego żeru, na który szczęśliwie trafił nasz czeski kolega. Innym powodem mógł być zimny północny wiatr, który rozwiał się już na dobre. A więc zmiana, pogody, zmiana ciśnienia. Tego szczupaki nie lubią jak świat długi i szeroki.

Łowiliśmy na kilkusetmetrowym blacie, z dala od trzcin. Ale co jakiś czas patrzyliśmy tęsknie ku brzegowi, marząc o rzutach mniejszymi gumkami do samej krawędzi trzcinowisk. Jacek zauważył to i z charakteryzującą prawdziwego mistrza pewnością siebie skomentował:

„Wiem, o czym myślicie. Nic z tego. To teraz nie ma sensu. Może wiosną tak, ale nie teraz. Ten błąd popełniają wszyscy wędkarze, którzy wyrobili sobie nawyki przez lata łowienia w Szwecji. Tutaj w Irlandii jest inaczej. Szczupaki są dokładnie pod nami, w tym miejscu, gdzie teraz pływamy. Grube sztuki i dużo. Problemem jest tylko to, kiedy zażerują. Bo to, że w końcu zaczną brać, jest pewne jak to, że dzisiaj zajdzie słońce. Ale może to być za chwilę, za dwie godziny, może być też jutro. Ja wyznaję zasadę, że trzeba trzymać się dobrych miejsc i rzucać, rzucać, po postu być cierpliwym i konsekwentnym. Nagroda przyjdzie.”

Irlandzka jesień

Potem Jacek, wykorzystując ten moment szczupakowego lenistwa, opowiedział nam trochę o szczupakowych zachowaniach, sposobach łowienia tych silnych, pięknych i dużo cwańszych niż się powszechnie uważa ryb, stosowanych przynętach i ich prowadzeniu, taktyce trollingu, taktyce łowienia w dryfie… Było to coś na kształt wykładu w najlepszej szczupakowej akademii. Słuchaliśmy zatem z zapartym tchem, chłonąc tę cenną wiedzę i starając się nie uronić z niej nawet najmniejszej krztyny…

Aż w pewnym momencie poczułem silne uderzenie w prowadzoną w opadzie gumę.

„Ale przylał!” – krzyknąłem i odwinąłem zamaszyście kijem. Cały zestaw aż zagrał.

„No widzisz? Mówiłem ci.” – odpowiedział ze spokojem Jacek.

Ten szczupak wziął mi akurat na fragmencie dość płytkiej wody. Pod nami było może półtora metra, może ze dwa. Moja gumka zanurkowała pomiędzy pędy rogatka i irlandzka bestia nie wytrzymała. Ryba w chwilę po zacięciu wykonała bardzo efektowny wyskok ponad lustro wody, opadła z hukiem z powrotem wzbijając w górę fontannę piany, a potem zanurkowała do dna i odjechała na kilkanaście metrów. Jednak nie był to okaz, który mógłby sprawić nam większe problemy. Po trzech minutach krążenia wokół łodzi udało się w końcu go podebrać. Miał 85 centymetrów. Taki irlandzki „średniaczek” :-).

Irlandzka jesień

Potem przyszła pora na lunch. Ponoć – jak zapowiedzieli chłopcy – najlepszy, w trakcie całego naszego pobytu. Słowem: coś ekstra. Ta specjalnością okazały się steki z wołowego antrykotu, podawane wprost z ogniska w niezwykłej scenerii starych irlandzkich ruin. Okazały się tak pyszne, że trudno to wyrazić słowami. Lepszych nie jadłem chyba nawet w Argentynie. Jedząc obserwowaliśmy łódkę dryfującą na środku zatoki, w której znajdowali się dwaj wędkarze. W pewnym momencie jeden z nich przychylił się, więc odstawiłem na moment talerz i używając zoomu mojego aparatu przyjrzałem się im lepiej. Mieli szczupaka! Ryba po wyciągnięciu wody ukazała się moim oczom w pełnej krasie – miała minimum 90 centymetrów. A zatem chyba zaczyna się!

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po lunchu wypłynęliśmy więc na wodę z wielkimi nadziejami. Jednak szybko okazało się, że nie był to sygnał początku żeru, a raczej tzw. „pojedynczy strzał”, który może trafić się zawsze. Resztę dnia spędziliśmy obławiając naszą łąką, a także zlokalizowaną nieopodal kamienistą rafę. Północny wiatr był coraz silniejszy, a brań jak na lekarstwo. Jednak opisywany przeze mnie wyżej jerk Jacka zaczął w końcu działać, czego efektem było kilka wyjętych szczupaków – w tym jedna dziewięćdziesiątka Sławka. Było coraz chłodniej, więc na rozgrzewkę wzmocniliśmy się kilkoma łykami irlandzkiej Tullamore. Od razu poczuliśmy błogie ciepełko i w znacznie lepszym nastroju łowiliśmy dalej.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

A gdy trudny wędkarski dzień, okraszony dwiema porządnymi rybami i kilkoma mniejszymi, dobiegł wreszcie końca, spłynęliśmy z powrotem na naszą przystań. W hotelu – tradycyjnie kolacja z piwem (tym razem Smithwick, które osobiście wolę od Guinnessa) – potem gorąca kąpiel i grubo przed północą zalegliśmy w wygodnych łóżkach.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Dzień trzeci

Do tej pory obławialiśmy południową i środkową część jeziora, a tego dnia przyszła pora na jego północny kraniec. Łódź zeslipowana została w marinie w Roscommon, a następnie rozpoczęliśmy łowienie w jednej z zatok. Dryfowaliśmy z użyciem dryfkotwy (silny wiatr!) na kilkusetmetrowym pasie 3-4 metrowej wody z dnem porośniętym gęstą roślinnością. Do południa brań było niewiele – w zasadzie tylko ja wyjąłem dwie ryby na moje przywiezione z kraju gumki – Manns’a oraz Daiwy (w końcu uprosiłem Jacka, abym mógł użyć mniejszych przynęt, ale on z uporem kiwał cały czas głową mrucząc, że to bez sensu…). No tak, ryby miały mniej więcej po 75 centymetrów, a brania były dość delikatne.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Nieopodal nas trollingował kolega Jacka – Joe, jeden z najlepszych miejscowych wędkarzy, który łowi grube okazy ciągnąc przynęty na „krótkim dyszlu” dosłownie kilka metrów za łodzią. To osobliwa, ale bardzo skuteczna metoda, o czym Jacek niejednokrotnie przekonał się sam. Według jego obserwacji oraz opinii Joe’go, niemrawe szczupaki pobudzane są do życia pracą silnika spalinowego, którego śruba miesza wodę wytwarzając przy tym głośny bulgot i wibracje, czym oddziałuje intensywnie zarówno na wzrok jak i na linię boczną drapieżników. Aby przynęty nie płynęły bezpośrednio w warkoczu powietrznych bąbelków, używane są długie kije odciągające je nieco na boki. Tym razem jednak Joe nie odniósł spodziewanego sukcesu i po godzinie popłynął w inny rejon jeziora.

Gdy worek z braniami ciągle nie chciał się otworzyć, Jacek w końcu zaordynował obiad. Był to dalszy ciąg kulinarnych rozkoszy – tym razem jego małżonka przygotowała fantastyczną rybę po grecku, używając do tego celu filetów z niezawodnego rdzawca. Ciepłą jeszcze potrawę odebraliśmy na przystani, a potem spałaszowaliśmy kryjąc się przed wiatrem w betonowej wiacie na małej wysepce. Po obiedzie gorąca kawa dodała nam animuszu i ruszyliśmy z powrotem na wodę.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Jacek skierował nas znowu na nasze poranne miejsce twierdząc, że ryby muszą w końcu się odezwać. Faktycznie, popołudnie przyniosło długą oczekiwaną wzmożoną aktywność ryb, która trwała ze dwie godziny z okładem. Złowiliśmy w tym czasie kilkanaście sztuk, w tym jedną dziewięćdziesiątkę piątkę, jedną dziewięćdziesiątkę, kilka osiemdziesiątek plus i kilka siedemdziesiątek. Były nawet dublety. Spośród przynęt najlepiej sprawdziły się oczywiście te preferowane przez Jacka – dżerk i duże gumy. To był fantastyczny moment, który sprawił, że wieczór nadszedł w mgnieniu oka. Czuliśmy w mięśniach przerzucone kilogramy ryb, ale każdy wędkarz uwielbia takie zmęczenie. Zatem Ree pokazało nam wreszcie swoje najpiękniejsze oblicze.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Aby podkreślić nasze doskonałe humory, w drodze powrotnej zakupiliśmy dla uczczenia tego dnia butelkę wybornego irlandzkiego Jamesona.

Dzień czwarty

Poranek powitał nas w miasteczku Herford, do którego przenieśliśmy się wczoraj na kolejne trzy dni pobytu. Wygodny, mały hotelik „Anglers rest” („Odpoczynek wędkarza”) był kwintesencją Irlandii w pigułce, a jego firmowymi znakami było serwowane tutaj klasyczne „Irish breakfest” i klimatyczna restauracja pubem, gdzie można było napić się fantastycznego piwa i pooglądać w telewizji mecze rugby.

Jacek przyjechał po nas około 9.00 i wyruszyliśmy w drogę. Program przewidywał łowienie na tajnym jeziorze znanym tylko kilku przewodnikom, oddalonych od hotelu o parędziesiąt kilometrów. Po godzinie jazdy znaleźliśmy się nad brzegiem wody. Był to zdecydowanie najbrzydszy dzień naszego pobytu – zbierało się deszcz, a niebo pokrywały ołowiane, gęste chmury.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po drodze Jacek opowiadał nam różne ciekawostki o zachowaniu szczupaków. Najbardziej zadziwiła nas historia, która zdarzyła się już naszemu koledze kilkakrotnie. Otóż zarzekał się, że duże, mądre szczupaki, szczególnie te, które były już kiedyś na haku i mają doświadczenia spotkań z wędkarzami, potrafią wychylać łeb z wody i obserwować otoczenie, aby sprawdzić, co dzieje się nad powierzchni i czy należy być zatem ostrożnym, czy nie. Nie spodziewaliśmy się, że praktyczna weryfikacja tej tezy przyjdzie zadziwiająco szybko.

Łowienie zaczęliśmy około dziesiątej trzydzieści. Na jeziorze spotkaliśmy sporo łódek z miejscowymi wyposażonymi w muchówki. Uspokoiło nas to. Nie powinni nam zatem przeszkadzać w łowieniu szczupaków.

Niestety, dwugodzinne obławianie bankowej miejscówki Jacka, która już niejednego klienta obdarzyła metrowymi szczupakami, nie przyniosło żadnych efektów poza kilkoma rachitycznymi trąceniami. Szczupaki były niemrawe albo bardzo ostrożne. W pewnym momencie nastąpiło to, czegośmy się w ogóle nie spodziewali. Obok naszej łódki, w odległości może dziesięciu metrów z wody wynurzył się… wielki łeb metrowego szczupaka! Ryba wyraźnie obserwowała nas i podpłynęła nawet kilka metrów w naszym kierunku, aż w końcu zanurzyła łeb z powrotem pod powierzchnię wody i zniknęła.

„No i co?” – rzucił szybko podekscytowany Jacek.

Patrzyliśmy przez moment na to widowisko ze Sławkiem z otwartymi ustami i staliśmy jak zamurowani. Po chwili ocknąłem się jednak i szybkim krótkim rzutem podałem szczupakowi moją gumę niemal pod pysk – tam, gdzie wcześniej zanurzył łeb.

„Możesz rzucać sobie do woli – nie ma szans na branie!” – skomentował moją nagłą decyzję Jacek.

Rzeczywiście, nie poczułem żadnego targnięcia ani nawet trącenia.

„To doświadczony „zawodnik”. Mądra ryba, którą zaciekawiły nasze przynęty, ale jednocześnie być może niepokoiły ją dziwne hałasy znad powierzchni wody. Nasze rozmowy, stuknięcia w podłogę łódki – nawet bardzo ciche… Szczupak postanowił więc sprawdzić, co się dzieje. No i już wie, że od tych pływających tu i tam gumowych rybek lepiej trzymać się z daleka.” – podsumował Jacek.

Teraz już wiedziałem, dlaczego trącenia były tak delikatne, ostrożne. Ryby pewnie zostały skłute w tej zatoce przez jakąś inna ekipę – może wczoraj, może przedwczoraj, a może nawet dziś z samego rana. To dla nas niemiła niespodzianka – mieliśmy tu mieć prawdziwe żniwa, a tak na eldorado trafił ktoś inny. Ale tak to już jest na rybach.

„Poszukamy ich zatem gdzie indziej. Tutaj wody dostatek, dobrych miejsc też nie brakuje. Poradzimy sobie.” – rzucił nie tracąc nic a nic fasonu Jacek i odpalił silnik. Popłynęliśmy na drugą stronę jeziora.

W niewielkiej zatoczce schowanej za kilkoma małymi wysepkami zakotwiczyliśmy łódź przy wychodzącym z głębszej wody ostrym stoku porośniętym zielskiem. My ze Sławkiem rozpoczęliśmy spinningowanie szczupakowymi gumami, a Jacek rozłożył swoją lekką okoniową wędkę i postanowił spróbować złowić niewielkiego garbuska, który mógłby posłużyć nam jako przynęta na feroksy. Już jutro bowiem mieliśmy w planie pstrągowy trolling na jeziorze Corrib.

Już po chwili Jacek oznajmił, że ma rybę. Okazała się jednak być nie małym okoniem, a grubym szczupakiem. Niestety, bez przyponu nasze szanse były niewielkie. Jacek oddał od razu wędkę Sławkowi, aby ten cierpliwie powalczył z rybą – a nuż mu się uda… Szczupak chodził wokół łodzi może z pięć minut, ani na moment nie dając oderwać się od dna.

„Może być metrówka, ale może być też ledwie trzykilówka. Na tym sprzęcie trudno ocenić.” – studził nasz zapał Jacek. Ryba faktycznie była bardzo silna, ale nasz przyjaciel miał całkowita rację. Pewność możemy mieć dopiero po jej zobaczeniu. Niestety, nie dane nam było tego doczekać. W pewnym momencie szczupak szarpnął energicznie i było po wszystkim.

W jednym z kolejnych rzutów poczułem porządne uderzenie w mojego Manns’a. Ryba jednak nie zacięła się. Pozostał mi tylko wyraźny ślad poprzecznego cięcia przez całą szerokość gumowej przynęty. Po kolejnych piętnastu minutach Jacek zarządził przestawienie łodzi w inne miejsce. Było nim szerokie i płytkie rozlewisko, porośnięte obficie grążelami.

Już w pierwszym dryfie wykonałem skuteczny rzut w okolice pływających liści. Sprowadzanego w stronę łodzi szerokimi zakosami jerka zaatakowało nagle potężne złoto-zielone cielsko. Było to jakieś pięć metrów od naszej burty. Zaciąłem go błyskawicznie.

„Wielka Ryba! Sto dziesiątka na bank.” – krzyknął z podniecenia Jacek i chwycił za podbierak.

Szczupak pociągnął potężnie, zawinął się i uderzył z całym impetem ogonem o lustro wody, a ja szykując się na energiczny odjazd poluzowałem błyskawicznie hamulec. Niestety, do odjazdu nie doszło. Nagle linka zwiotczała. Rybę miałem na kiju może z kilka sekund.

Jacek był załamany – upragniona metrówka była na wyciągnięcie ręki. Odjazd, kilka minut holu, parę rundek dookoła łodzi – i byłaby w podbieraku. A zamiast tego: rozczarowanie i nos zwieszony na kwintę (albo, jak powiedzieliby inni: „kocia morda”). Takie już jest to nasze wędkarstwo.

Nie wiem czy popełniłem jakiś błąd. Nie wydaje mi się. Po prostu olbrzymi szczupak zacięty na tak płytkiej wodzie oraz tak blisko łodzi dostaje nagłego szału i trzepie łbem z niebywałym impetem. Poza tym nie wiadomo, czy był właściwie i w dobrym miejscu zacięty. W efekcie udało mu się uwolnić haka. Porażka z rybą jest zawsze smutna. Ale czasem wiadomo, dlaczego tak się stało, co może owocować chociaż cenną nauką na przyszłość, a czasem pozostaje to tajemnicą – tak jak w tej sytuacji.

Trochę na pociechę, po pięciu minutach udało mi się zaciąć kolejnego dużego szczupaka. Też w okolicy grążeli, też na jerka. Też w walce szalał, skakał, wyginał się jak opętany i odjeżdżał w dal. Ale tym razem udało się go podebrać. Miarka wskazała jednak zaledwie 90 centymetrów. Bez porównania z tamtym kolosem…

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Potem pływaliśmy trochę po jeziorze, ale nie mieliśmy już brań. Padał deszcz, było zimno i ponuro, a wiatr był za słaby, aby pobudzić ryby do żeru, a łódce umożliwić właściwy dryf. Pod wieczór wróciliśmy jeszcze na naszą łąkę, gdzie duży szczupak wcześniej wystawił łeb. Tym razem na trolling udało się zaciąć jedną porządną rybę, którą wyjął Sławek. Również dziewięćdziesiątka. A więc wynik na koniec dnia nie był taki najgorszy: dwa 90-centymetrowe szczupaki w łódce, jedna sto dziesiątka stracona w holu i jedna obcinka być może grubej ryby. Emocji trochę było, ale nie ma co ukrywać – nasz gajd liczył tego dnia na znacznie więcej.

Irlandzka jesień

A po powrocie do hotelu poprawiliśmy sobie humor szklanką Guinnessa i pieczoną wołowiną z warzywami. Po tych wszystkich turbulencjach minionego dnia należało nam się.

Dzień piąty

Mieliśmy tego dnia do wyboru: łowienie pstrągów na jeziorze Corrib bądź powrót nad Ree i podjęcie ostatniej próby złowienia metrówki. Ustał praktycznie wiatr, co zdaniem Jacka wykluczało skuteczne łowienie na spinning, ale dawało szanse na dotarcie w najdalsze zakątki jeziora i opuszczenie tam w głęboką toń przynęt przy zastosowaniu metody trollingowej. Zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję.

Łódź zwodowaliśmy ponownie w Roscommon, a po wypłynięciu z portu zdecydowaliśmy się na długi rejs w kierunku południowym, a potem kolejne obławianie kilku głębokich rynien nazywanych przez Jacka „dziurami”. Była to niedziela, więc na wodzie znalazło się wiele charakterystycznych podłużnych irlandzkich łódek z wędkarzami, nastawionymi na pstrągowy trolling. Pływali tu i tam, a gdy nasz kurs przecinał się z trasą którejś z lokalnych łódek, mogliśmy przez chwilę porozmawiać z miejscowymi i zapytać o wyniki. Nie były niestety olśniewające: pstrąga nie zameldował nam nikt, trafiały się jedynie pojedyncze szczupaki.

Irlandzka jesień

Nam niestety szczęście też nie dopisało. Złowiliśmy przez cały dzień jedynie trzy sztuki – w tym jedną dziewięćdziesięciocentymetrową. Tego brania też nie zapomnę nigdy. W pewnym momencie moja wędka na moment przygięła się, a potem wróciła do normalnej pozycji. Jacek od razu poradził, aby poruszyć nieco przynętą, podciągając plecionkę, bo to może pobudzić płynąca za przynęta rybę do ponownego ataku. Szarpnąłem więc za linkę, aby w chwilę potem przeżyć kolejne zdumienie: wędka wygięła się w łuk sygnalizując skuteczne zacięcie się szczupaka. Szok!

A Jacek od razu uchylił przed nami kolejny rąbek swej bezcennej wiedzy:

„Wbrew pozorom raczej rzadko tak się dzieje, że szczupak nagle wyskakuje z głębiny do przynęty i od razu wściekle ją pożera. Prowadząc wabik jednostajnie w trollingu musimy być świadomi, że często ryba płynie za nim przez długi czas, nie mogąc zdecydować się na ostateczny atak. Dopiero jakieś zaburzenie w zachowaniu przynęty może ją zaciekawić i wyzwolić instynktowny odruch żerowej agresji.”

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Jacek był wyraźnie podłamany wynikami – szczególnie z dwóch ostatnich dni, ale moim zdaniem jego zły humor to gruba przesada. Oczywiście rozumiem, że każdy gajd marzy o jak największym zadowoleniu klienta i metrówka byłaby w takim przypadku bardzo wskazana, ale my byliśmy naprawdę i tak bardzo zadowoleni. Wiadomo, że dobre brania nie zdarzają się zawsze i niektóre grupy muszą zmierzyć się z pewnymi utrudnieniami. Ważne, żeby poradzić sobie w takich gorszych warunkach i też połowić ładne ryby.

My trafiliśmy na końcówkę znakomitego żeru, który doskonale wykorzystał wcześniej nasz czeski kolega. Potem przyszła zmiana pogody i północny wiatr, a na koniec flauta. A więc złe warunki do połowów szczupaków. Brania, poza kilkoma momentami większej aktywności, były z reguły anemiczne i rzadkie. Mimo tego złowiliśmy aż 9 okazów przekraczających 90 centymetrów, z których jeden miał aż 98 i nieproporcjonalnie mały ogon. To praktycznie była metrówka. Drugi metrowiec spadł mi w holu, a prawdopodobnie trzeci Sławkowi pierwszego dnia. Piękne ryby były więc wygajdowane, a ich skuteczne wyholowanie uniemożliwił po prostu brak szczęścia. Ponadto padło bardzo dużo osiemdziesiątek i trochę mniejszych ryb. Czy można narzekać na takie wyniki?

Nie ma co się zatem martwić Jacku, jesteś i tak najlepszym znawcą szczupaków, jakiego znam! Twoje opowieści, taktyka łowienia i własnoręcznie robione przynęty ukazują fachowca, który przebił bodaj samego Bertusa Rozemeijera. Rozumiem jednak Twoją ambicję. Właśnie dzięki niej jesteś tak dobry.

Dzień szósty

Ostatni dzień naszego irlandzkiego łowienia spędziliśmy z Tomkiem Kurmanem na Corribie. Celem były tym razem pstrągi – liczyliśmy oczywiście na grubego trollingowego feroksa, ale mieliśmy też nadzieję na złowienie czegoś z rzutu - to w końcu zupełnie inna para kaloszy i bez porównania większa frajda.

Irlandzka jesień

Dlatego Tomek rozpoczął sesję od zatoki, w której mogliśmy liczyć na jakieś branie na spinning z rzutu, gdyż poprzedniego dnia zanotował tam dwa pobicia pstrągów z innymi klientami, z czego jeden – 70-centymetrowy – został skutecznie zacięty i wyholowany.

W to, co zdarzyło się w trzecim dosłownie rzucie, przez dłuższą chwilę nie mogłem uwierzyć. W podszarpywaną tzw. „jerkową” gumkę uderzył nagle w opadzie pstrąg. Natychmiast zaciąłem i po sekundzie ryba zaprezentowała się w pięknym wyskoku. Nie był to kolos, ale na pewno jeden z większych pstrągów jakie miałem w życiu na wędce. Z radością rozpocząłem ostrożny hol. Mocne targnięcia ryby zapowiadały spore emocje.

Nie minęło dziesięć sekund, gdy zaaferowany walką z pstrągiem usłyszałem z sobą zduszone:

„Ja też mam!”

Coś niebywałego – Sławek ściągał już przynętę aby umożliwić mi bezpieczny hol, a nagle w jego woblerka uderzył kolejny pstrąg. Spojrzałem na Sławka – wędkę miał mocno wygiętą, a na twarzy grymas wysiłku. To przecież chłop na schwał, ryba musiała być zatem znacznych rozmiarów.

Po dwóch może minutach mój pstrąg znalazł się w pobliżu łodzi. Tu zanurkował do dna, ale po chwili podciągnąłem go do powierzchni. Wtedy jeszcze raz zanurkował i odjechał na drugą stronę łódki. Kolejny raz wydźwignąłem go do powierzchni – wtedy ukazał swoje cudowne wielkie kropki, wyginając się bez przerwy w typowych pstrągowych młynkach . Marzyłem o tym, aby udało się go podebrać, gdyż już oczami wyobraźni widziałem zdjęcie, które będzie zapewne jednym z moich najpiękniejszych w całej wędkarskiej kolekcji. W sukurs przyszedł mi Tomek, który szybkim ruchem umiejętnie zagarnął pstrąga do podbieraka. Był mój!

Po kolejnych kilku minutach do tomkowego podbieraka wjechał drugi pstrąg. Zatem dublet… To jedno z najpiękniejszych zdarzeń, jakie miałem okazje przeżyć wędrując od lat z wędka po całym świecie. Mój pstrąg miał 60 centymetrów i ponad dwa kilo. Ten Sławka był sporo większy – miarka pokazała 74 centymetry, a masą na pewno przekroczył trzy kilo, może nawet zbliżając się czterech. Był gruby i pięknie ubarwiony – złoto-brunatny. Klasyczny „brown trout”, jak na wyspach nazywają potokowca. Aż trudno w to uwierzyć, ale to był pierwszy złowiony pstrąg w życiu Sławka. I od razu taki okaz, jakiego nie zobaczy nigdy na własne oczy 99,9% zapalonych łowców kropkowanej ryby z płetwą tłuszczową! Szybko zorganizowaliśmy zdjęciową sesję, a fotografem musiał być siłą rzeczy Tomek. Spisał się oczywiście na medal, co widać na załączonym obrazku. Potem ryby w dobrej kondycji powędrowały z powrotem w toń jeziora Corrib.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Kolejna godzina upłynęła nam na spinningowaniu, ale brań więcej nie było. Tomek zdecydował zatem, ze popłyniemy na główne ploso jeziora, aby spróbować szczęścia w trollingu. Może trafi nam się prawdziwy król Corribu – feroks? Tak miejscowi nazywają wielkie pstrągi (minimum 6 funtów wagi), które przechodzą na całkowicie drapieżny tryb życia i żywią się małymi rybami.

Po napłynięciu na właściwy obszar występowania grubych pstrągów Tomek zmontował zestawy i zarzucił wędki. Za przynęty służyły nam martwe rybki – dwudziestocentymetrowe okonie uzbrojone specjalnymi systemikami z woblerowym sterem, aby przynęta lepiej pracowała, imitując żywą rybkę.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

Po godzinie na jednej z wędek zaobserwowaliśmy branie – wędka wygięła się głęboko (jak mówi mój przyjaciel Zenuś: w chińskie „er zet”). Sławek wyjął ja zatem z uchwytu i rozpoczął hol, a my z Tomkiem szybko przystąpiliśmy do zwijania dwóch pozostałych wędek. Emocje sięgały pułapu chmur. Sławek spokojnie i metodycznie pompował, przybliżając zdobycz coraz bardziej do naszej łódki. Ryba musiała być duża, stawiała bowiem solidny opór i targała ostro łbem na boki.

Jednak jaka była naprawdę, nie dowiemy się już nigdy. W pewnym momencie Sławek oznajmił bowiem:

„Chyba spadł. Nie czuję już szarpnięć.”

Tomek był bliski załamania:

„No nie mów mi takich rzeczy…”

Ale pełne niepokoju przypuszczenie zamieniło się za moment w brutalną prawdę. Sławek dociągnął do łódki smętnie kołyszącego się na boki martwego okonia – po pstrągu nie było ani śladu. Niebywały pech! Już mieliśmy niemal w zasięgu ręki olbrzymiego feroksa – marzenie tylu wędkarzy. A tak, trzeba było pogodzić się z porażką. Szybko jednak doszliśmy do siebie, no bo wcześniej przeżytego sukcesu w zatoczce nikt nam już nie odbierze.

„To się niestety zdarza – pstrągi spadają. Statystycznie mniej więcej jeden na cztery, pięć. Nie jest to żadne nadzwyczajne zdarzenie, a wędkarski chleb powszedni.” – spokojnie wytłumaczył nam Tomek wypuszczając ponownie trollingowe zestawy.

Kolejne trzy godziny nie przyniosły już niestety brań. To normalne – jedno branie feroksa dziennie w trollingu to mniej więcej średnia w trakcie wieloletniego łowienia chłopaków. Czasem zdarza się nawet kilka brań, ale zdarzają się również dni puste. Ta ryba to jednak rarytas.

Irlandzka jesień
Irlandzka jesień

„Nie traćmy ducha. Dzień się jeszcze nie skończył.” – pocieszył nas Tomek i wziął ponownie kurs na zatokę, w której tak pięknie połowiliśmy rano. Gdy dotarliśmy na miejsce wzięliśmy w ręce spinningi i wzięliśmy się do uczciwej roboty. Mniej więcej po godzinie łowienia poczułem w opadzie przytrzymanie. Nie byłem pewien, czy to nie twarda łodyga podwodnej rośliny, więc uniosłem tylko kij do góry nie zacinając bardzo energicznie. Na końcu odezwało się życie! Zaciąłem więc mocniej i poczułem targnięcia ryby. Pstrąg był większy niż rano.

Z mozołem dociągnąłem go w pobliże łódki, a tam ryba zaczęła pływać dookoła nas. Była silna, zdrowa, energicznie wyciągała plecionkę z kołowrotka próbując się oddalić. Nie pozwoliłem jednak pstrągowi na zbyt wiele. Ponownie doholowałem go w zasięg tomkowego podbieraka, a ten jak zwykle zgrabnie chwycił rybę i przeniósł do łódki. Prawie 70 centymetrów, trzy kilo niewyjęte. Złocisty, śliczny potok!

Irlandzka jesień

Potem zanotowaliśmy jeszcze dwa brania, ale niestety nie udało się zaciąć tych ryb. Wynik dnia był zatem niewiarygodny: sześć brań, trzy wyjęte pstrągi, jeden zgubiony w holu feroks. To na pewno jeden z nielicznych dni w roku, kiedy irlandzkie pstrągi z jeziora Corrib były wyjątkowo aktywne. A dla nas piękna nagroda na koniec irlandzkiej przygody.

Dziękujemy Wam Jacku i Tomku, było naprawdę świetnie!

Irlandzka jesień

Nocna podróż wygodnym autobusem z Galway do Dublina zajęła nam 3 godziny. O 9.00 byliśmy już w samolocie Ryanaira, a w chwilę potem mogliśmy podziwiać z lotu ptaka Morze Irlandzkie, wybrzeże Walii i pofałdowany górami obszar parku narodowego Snowdonia. Po trzech godzinach lotu szczęśliwie wylądowaliśmy w Modlinie.

Piotr Motyka

PS.

Zaraz po naszym powrocie do kraju otrzymaliśmy informację, że nasi przyjaciele Jacek i Tomek zajęli drugie miejsce w niezwykle prestiżowych zawodach „Predator Battle Ireland", rozgrywanych na jeziorze Derg. Ostateczny wynik był sumą długości czterech szczupaków, trzech okoni i jednego pstrąga. Chłopcy przegrali tylko z inną parą polskich wędkarzy, z którymi zresztą ściśle współpracują przy obsłudze swoich wędkarskich grup.

Klienci Jacka i Tomka są zatem zawsze w najlepszych rękach. Irlandia pod ich opieką to naprawdę jeden z najlepszych produktów turystyki wędkarskiej na świecie, gdzie relacja jakości do ceny jest wyjątkowo korzystna, a olbrzymie ryby łowi się praktycznie codziennie.

Zobacz galerię zdjęc z wyjazdu:



Więcej o blogu

Witam serdecznie wszystkich Wędkarskich Podróżników!

Nazywam się Piotr Motyka i jestem gospodarzem oraz redaktorem tego bloga.

Na blogu znajdziecie wiele moich tekstów, zdjęć oraz reportaży, ale także materiały autorstwa moich Kolegów „po kiju”. Część z nich prezentowana jest również na stronie fishingexplorers.com, inne tylko tutaj. Tematem są wędkarskie podróże, a wszystko adresowane jest do ludzi, którzy tak jak my je kochają.

Zapraszam serdecznie!

Czytaj również

Siedziba biura

EVENTUR FISHING
ul. Roentgena 23 lok. 21, III piętro
02-781 Warszawa

biuro czynne od poniedziałku do piątku w godzinach 09.00-17.00

telefon: + 48 22 894 58 12
faks: + 48 22 894 58 16